2019 IRONMAN Ireland Cork – relacja

24 czerwca 2019

Starty, Triathlon

Walka o dobre miejsce w mocno obsadzonych zawodach międzynarodowych to dla mnie ostatnio cel numer jeden, chciałby w końcu stanąć na pudle pełnego dystansu w zawodach Ironman. I z taka myślą wybierałem się na zawody Ironman Irleand Cork, czy po IM Walia dobrze wybrałem ?

Wsparcie na miejscu Justyny i Karola – bezcenne (pogoda na dwa dni przed zawodami)

Przed startem:
Logistyka dla osoby z moje doświadczeniem nie jest skomplikowana, dotarcie na miejsce pobytu zajmuje prawie cały dzień Warszawa-Dublin (samolot) – Castlemaryr (samochód). Zawody odbywają się w Youghal w regionie Cork, sama miejscowość jest mała i ma skromną bazę noclegową jak na tyle osób startujących (chyba że się rezerwuje pobyt dużo wcześniej albo przez Nirvanę za niebotyczne pieniądze), dlatego masa zawodników mieszka w okolicy (my również jakieś 20 km). To nastręcza też dużo trudności (korki, brak miejsc parkingowych, rejestracja, odprawa, strefa zmian 2 km od siebie – trzeba się nachodzić). Ale jak na debiutującą imprezę, kraj, ludzi to super miejsce. Zawsze szukam pozytywów, nie czepiam się. No i pogoda…. ale jak to mówią na miejscu, czego się spodziewać w czerwcu na wyspach…  Byłem na zawodach IM Walia, chyba nic gorszego mnie już nie spotka. No i  właśnie ta pogoda rozgrywała główne karty. Do dnia zawodów było wręcz idealnie, 14-16 stopnie, trochę słoneczko, trochę zachmurzenie, przy czym codziennie przewidywano opady, ale nie padało. W sobotę robiłem pływanie w morzu i nie wyglądało to dobrze, spore fale, woda 13 stopni…zresztą wieczorem przyszedł komunikat od organizatorów, że decyzja w sprawie pływania, ze względu na bezpieczeństwo zawodników będzie o 5:30 tuż przed startem…hmmmm… jak było…

Dzień startu:
Procedury poranne mam opanowane, robię je ze sporym zapasem od 3:20, tak aby znaleźć dobre miejsce do parkowania, ale chyba nie tylko ja miałem taki pomysł… trafimy na 3 kilometrowy korek tuż przed wjazdem do miasta i oczywiście pada deszcz, a w zasadzie leje. Samochody szybko są upychane na łące przerobionej na parking (okazuje się, że po zawodach dwie godziny z niej wyjeżdżaliśmy, w zasadzie wyciągał nas traktor – niektórych pewnie zostali wyciągnięcie późno w nocy). Do miejsca startu jest ok. kilometra, spacer i oczekiwanie na decyzję w deszczu powoduje, że jestem cały mokry, mimo, że byłem grubo ubrany, trochę przemarzłem, z każdą minutą coraz bardziej. Pływanie odwołano, zresztą słusznie, bo morze wyglądało makabrycznie, wysokie fale, nic nie widać, ratownicy coś tam próbowali wypływać na deskach, ale kilka wywrotek i wracali. Swoja drogą przewidywałem, że tak będzie, boje na plaży nie rozwiną się w godzinę…organizator chciał chyba pokazać, że walczy (dzień wcześniej sporo negatywnych komentarzy na forach społecznościowych). Szkoda, bo decyzja zapadła o 7:10 (na miejscu byłem od 5:20), o 7:50 miał być start na trasę rowerową, bardzo źle zniosłem to stanie przez tyle godzin na deszczu, na trasę ruszyłem cały mokry i zziębnięty. Tak, tak… wiem, wszyscy mieli te same warunki.

Wyczekiwanie na start w taką pogodę nie wróżyło nic dobrego

Pływanie (3,84 km) i T1 (strefa zmian pływanie-rower):
Odwołane ze względu na warunki atmosferyczne.

Mało było takich tras, gdzie tak można by się złożyć (widać, że leje mocno ?)

Rower (180 km):
To podobno moja silna strona… podobno… od początku jest bardzo źle, jestem cały mokry, jest zimno, nie za dobrze to znoszę. Trasa niby tylko 2000 m przewyższeń, ale to typowe rolnicze drogi (mieści się jeden samochód), kręta, „chropowata”, podjazdy raczej spokojne (poza jednym), za to zjazdy dość niebezpieczne. Niby wiedziałem i już miałem coś takiego (Walia), ale mam wrażenie, że tu jakoś trudniej. Już po godzinie bolały mnie ręce i barki. Pierwsze okrążenie pełna koncentracja, bo o wywrotkę w takich warunkach nietrudno. Staram się walczyć, na podjazdach jest znośnie, ale zjazdy to istna masakra, bardzo, ale to bardzo zimno (przy powrocie do miasta wiatr centralnie w pysk), niebezpiecznie, hamulców „nie mam”, trasę jadę pierwszy raz, więc do końca nie wiem co za chwilę będzie. Do tego jest mi cały czas piekielnie zimno, mam drgawki i źle się czuję, przez głowę wiele razy przechodzi myśl, że na drugie okrążenie nie wyjadę. Końcówka, czyli 85 km to 400 m podjazd o nachyleniu 21%, tłum i szpaler ludzi niewiele zmienia tą „przyjemność”, ale na pewno motywuje, ja wjeżdżam do końca, ale wiele osób wprowadzało swój rower. Myśl o skończeniu jak szybko przyszła, tak szybo odeszła, mega zmarznięty wyjeżdżam na drugie okrążenie. Niby trasę już trochę znam, ale nie jest łatwiej, miejscami dopada mnie ogromna ulewa, mało co widzę. Odliczam każde 5 km do końca, idzie wolno, ale idzie. Cały czas przychodzi mi do głowy „chłopie nie przyjechałeś się tu zabić”, dlatego zachowuję rozsądek, jest wolniej, ale dotrę do strefy w jednym kawałku. Myślę, że skoro mi jest tak trudno, to moim przeciwnikom pewnie podobnie, to mnie trzyma „przy duchu”. Jeszcze ponowne wjechanie na Windmillhill (21% nachylenie całość) i jestem prawie w strefie. Zostanie tylko maraton…tylko że leje.

Podjazd 21% na 86 km i 176 km, miło nie było.

Strefa zmian (T2 – dziś tylko rower-bieganie)
Do roweru dobiegam naprawdę szybko, ale już w samym namiocie szło strasznie wolno, coś tam zdjąłem, ale baza (czyli trisuit mokry został),  nic nie chciało schodzić, ręce miałem tak zimne, że nie dawałem rady się przebierać. Trochę ciepła mi dobrze zrobiło (w środku piec nagrzewał powietrze). Echh… trzeba lecieć dalej…

Podbieganie od strony morza (fot. M.Olejniczak-dzięki za wsparcie na trasie)

Bieganie (42,2 km)
Pierwsze 1,5 km piękną promenadą nadmorską, tyle że nie dziś… deszcz i wiatr w pysk i już po kilkunastu minutach lekka sucha kurteczka przemiękła. I od razu na początek podbieg pod latarnię, w sumie na całym dystansie nie dużo przewyższeń (bo 300m), ale na każdym okrążeniu coraz bardzie odczuwalne. Potem już bieganie po mieście, budynki trochę chroniły od wiatru, a masa kibiców zagrzewała do walki (podziwiam ich, że w tej ulewie im się chciało). Plany na bieg były ambitne, ale już po pierwszym okrążeniu (10km) wiedziałem, że będzie ciężko je zrealizować. Do głowy poszły w takim razie nowe zadania – zwolnij jak najmniej, nie ma chodzenia (nawet na strefach bufetowych), walka do końca. No i jakoś idzie, wolno, ale idzie. Trochę łatwiej, bo na trasie pokrzykuje na mnie syn, wytrwale w „kurtce” z worka foliowego, twardo mnie wspiera do końca. Mimo, że coś tam krzyczał, który jestem, to miało dla mnie znaczenie wtórne (zawodnicy startowali w odstępie godziny, wiec tabela zaburzona…), i tak robiłem wszystko co mogłem tego dnia. Cały czas jestem mokry (bo leje), stopy bolą bo buty przesiąknięte, od 25 km robi się ciężko, górne partie mięśni nóg i moje dolegliwości (kolano) przypomniały o sobie. Każdy krok, robi się cholernie ciężki. Tyle, że to dopiero początek, największych problemów spodziewam się od 35 km, i się nie mylę, jest faktycznie już bardzo ciężko (tak wiem, pisałem już to słowo wielokrotnie)…ale jak to mówią wszystko jest w głowie…wolno, cały obolały biegnę i dobiegam…jak zawsze…ostatecznie mam 5 czas w kategorii wiekowej…nie udało się.

Numer i medal

Mój wynik:
10 godzin 12 minuty 50 sekund (bez pływania)

Miejsce: 144 na ok. 1439 startujących (zapisanych 2,5 tys – sporo nie ukończyło lub się wycofało)
Miejsce w kat M50-54: 5 na 122 w kategorii ukończyło (227 zapisanych, sporo zrezygnowało)

Pływanie (3,8 km) – odwołane ze względu na warunki atmosferyczne
Strefa zmian T1 (pływanie-rower) – j.w.
Rower (180,2 km) – 06:22:02
Strefa zmian T2 (rower-bieganie) – 00:08:10
Bieganie (42,2 km) – 03:42:38

Koniec tego cierpienia jak nigdy

Podsumowanie:
– mój ósmy Ironman, tym razem bez pływania zaliczony (pewnie bym przepłynął), ale czy to był jeszcze sport czy szkoła przetrwanie, sam nie wiem…, wiem, że to było najtrudniejsze „sportowe” doznanie, w jakim uczestniczyłem (chociaż piszę tak po każdym starcie); szczerze mówiąc nie o to mi chodzi, aby pokazywać jakim to jest się twardzielem, chciałbym się tylko ścigać, no ale cóż na pogodę nie mamy wpływu (jest poniedziałek, Irlandzka wieś, piękne słoneczko, 21 stopni…ech…);
– wiedziały gały co brały – to jest Irlandia w czerwcu, tu może być różna pogoda, pewnie z moją kiepską techniką jazdy na rowerze też powinienem poszukać „prostszych” wyścigów, ale korciło mnie jechać do Cork, powalczyć w trudnych zawodach, z dobrą obsadą, pełną listą bardzo dobrych zawodników;
– jeśli chodzi o start, to dałem z siebie dosłownie wszystko co mogłem tego dnia w takich warunkach (pisząc te słowa ledwo siedzę, a chodzeniu nie mówią, lista rzeczy bolący dość długa), oczywiście mam swoje wnioski i zawsze można coś poprawić (jeszcze więcej /i lepszych/ ciuchów przeciwdeszczowych przed startem i w trakcie, pracować nad techniką kolarską, jednak hamulce tarczowe /to wymaga pewnie kiedyś zmiany roweru/ no i więcej trenować…bo talentu to nie mam);
– zawody w Irlandii bardzo polecam, ale nie na debiut; pomimo, że miejsca wszystkie się szybko zapełniły, to masę osób ze względu na warunki nie wystartowało; pewnie organizatorzy poprawią za rok to i owo, ale jakby ktoś chciał sobie dać nieźle w kość i przeżyć fajną przygodę to warto tu się wybrać;
– slot na Hawaje – były 3, wszyscy trzej zawodnicy wzięli bo po to przyjechali tak jak ja; nie będę się krygował, jeśli bym mógł to bym brał, to są Hawaje i w tym roku jadą tam naprawdę fajni ludzie, którzy są podobnie zakręceni; spędzić z nimi trochę czasu to przyjemność, a impreza jak impreza…;
– ciężko by było mi przetrwać te zawody bez wsparcia na miejscu Karola i Justyny, oni mieli swojego Ironmana, ja swojego, cali mokrzy, cały dzień w trudnych warunkach; reszta rodziny chociaż zdalnie też mnie wspierała – wracam cały i „prawie” zdrowy, chociaż obolały, myślałem o Was dlatego jestem w jednym kawałku – wszystkim dziękuję;

Dzieciaki też miały swojego Ironmana (lepiej się przygotowali na tą pogodę niż ja)

Reklamy

Subskrybuj

Subscribe to our RSS feed and social profiles to receive updates.

2 Komentarze w dniu “2019 IRONMAN Ireland Cork – relacja”

  1. maciej Says:

    po starcie w Elblągu mialem dość i mysli dam sobie juz spokó,jednak gdy czytam twoje relacje tak mnie motywują ze checi do startów powracają. dziekiuje i gratuluje,,braku talentu**

    Odpowiedz

    • tom2soc Says:

      tak, tak… ja też myślałem, że już po tylu startach nic gorszego mi się nie przytrafi…. była zimna Walia, były ciepłe Hawaje, były „zjazdy” tu i tam….ale może dlatego, że po drodze mi się tyle „różnych” startów przytrafiło idę dalej. Także, ten tego nie poddawaj się, idź dalej… ja musiałem się po tej traumie podleczyć…. i za 2 miesiące IM Barcelona – walczę dalej !!!

      Odpowiedz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: