Prawie Wejście Smoka – relacja z startu 70.3 IM Liuzhou China

17 kwietnia 2019

Starty, Triathlon

Skąd pomysł na te Chiny ? To trochę taki start z „przymusu”, w zeszłym roku zapragnąłem postartować wcześniej niż w Europie, do tego słyszałem wiele dobrego o tych zawodach i zapisałem się. Kontuzja kolana, która ciągnęła się od późnej zimy i wczesnej wiosny nie pozwalała mi na wzięcie udziału w tej imprezie, w związku z tym przeniosłem zapis na ten rok. Ot… cała historia… A jeszcze jedno, są tam sloty (mało bo tylko 25 na Hawaje i 50 na Nicę, ale są), więc zawody nie są takie proste jak się komuś wydaje, w samolocie, w hotelu, prawie wszyscy przyjechali po te sloty J, także ten…tego… trzeba wygrać. Ja na Hawajach byłem i to w 40 rocznicę, więc jestem spełniony (chociaż niektórzy mówią, że warto tam wracać co rok), w tym roku powinienem się stawić w końcu na IM Barcelona tydzień przed Hawajami, bo ile razy można przenosić, w końcu koledzy z IM się wku…ą.

Chińska przygoda zaczęła się już na lotnisku w Warszawie, na cały samolot 5-ciu Polaków

Ale skoro już wybieram się tak daleko, to nie tylko na wycieczkę, więc przygotowania były solidne (heee… o to zadbał trener Tomasz, ja to tylko tu „sprzątam”), chociaż i w tym roku znowu pauzowałem – skręcona kostka uraz 3-ciego stopnia, (czyli bardzo poważnie) – orteza i przerwa ok. 5 tygodni (znaczy się wg lekarzy miała być dłuższa, ale…). Do Liuzhou jadę sam, dopiero w Pekinie spotykam się z kolegą z Trinergy Michałem, z którym to razem będziemy dzielić pokój oraz wspierać się podczas tej przygody.

Tu co krok „strefy zmian”, skutery elektryczne są wszędzie i nie wiadomo z której strony mogą wyskoczyć

 

Kilka dni przed startem:
Jesteśmy na cztery dni przed startem. Wraz z Michałem prowadzimy powiedzmy „higieniczny” tryb życia. Szybko opanowaliśmy zmianę strefy czasowej, przetrzymaliśmy pierwszy dzień bez dosypiania, w drugi utrwaliliśmy i niespełna po dwóch dniach czuliśmy się jak u siebie. Codziennie coś tam trenujemy, ale to bardziej dla podtrzymania dyspozycji, rozruszania się i sprawdzeniu sprzętu. A poza tym obijamy się, czyli wypoczywamy i jemy (rozsądnie jemy). Mimo wcześniejszych zapowiedzi o ulewnych deszczach w czasie naszego pobytu, jest ciepło (około 20 stopni), bez słońca, ale też bez deszczu (no może leciutkie mżawki). Formalności związane z rejestracją, odprawą, pozostawieniu roweru i worków w strefie zmian ogarniamy bardzo szybko, hotel (zresztą dzięki podpowiedziom kolegów który byli tu już wcześniej) znajduje się niespełna 1,5 km od wszystkich ważniejszych miejsc. Jedynie miejsce startu pływania (w miejscowej rzece) jest dość daleko, ale ze względu na niską temperaturę wody (ok. 16 stopni) treningi będziemy robić w hotelowym basenie. O samym pobycie w Chinach może napiszę oddzielny post, bo to ciekawe nowe doświadczenie (jeśli ktoś myśli, że wyjechanie na zwykły 45’ rozjazd rowerowy to mrzonka…. cieszę się że żyję i myślę, że było to trudniejsze doznanie niż sam start).

Coś trzeba robić kilka dni przed startem…zwiedzanie.

Dzień startu:
Pobudka o 4:20, musimy się odpowiednio wcześniej przygotować, czyli solidnie najeść (na szczęście hotel zadbał, aby restauracja była czynna od 4:30, zresztą nie bardzo mieli wybór, 50% ich klientów to triathloniści). To chyba pierwsza sytuacja kiedy spokojnie mogłem zjeść w tzw. hotelowej stołówce to co chciałem, czyli w moim przypadku: miska ryżu, masło orzechowe, miód i banany plus oczywiście solidna kawa. Jak ktoś miał inne pomysły, to wybór by naprawdę solidny (można było pójść „po bandzie”). Chwila odpoczynku, przygotowanie bidonów, ogarnięcie drobiazgów i już koło 6:10 jesteśmy w strefie, przygotowujemy swoje rowery i takie tam organizacyjne. Kolejny krok to przejazd podstawionymi autobusami na miejsce startu w górę rzeki (jakieś 4 km drogą), wpław jedyne 1,9 km i tu bardzo miłe zaskoczenia, zero tłoku, zero czekania, autobusów było ile trzeba (nie będę wskazywał imprez, które powinny się uczyć, zresztą chyba wszystkie, łączne z Koną). Docieramy szybko na start (tu przed wejściem na teren drobiazgowa kontrola – nowe czasy, nowe zabezpieczenia) i…. klops leje, oberwanie chmury. A było tak pięknie. Przemoczeni do suchej nitki, przebieramy się w pianki, jakaś tam mini rozgrzewka i oczekiwanie w ulewie na moment startu. Rzeka wygląda przepięknie, gęsto ustawione boje, kierunkowe dwa razy większe (w kształcie stożków), ratowników na deskach, od groma. Wygląda fajnie, a najfajniejsze jest to, że temperatura wody wzrosła do 20 stopni.

START:

Pływanie (1,9km):
Rzeka, wijącej się przez miasto jak wąż. Tylko to inna rzeka, niż ta którą pamiętam z Bydgoszczy, ta jest szeroka jak Wisła w Warszawie, ma sporo zakrętów i będziemy płynąc zygzakiem, czyli prawie z prądem. Syrena odpaliła i kolejno wpuszczani są zawodnicy. Trzeba znowu wskoczyć, decyduję się na główkę (mam już doświadczenia z Polten i Bydgoszczy), co nie jest takie oczywiste, bo przede mną nie wielu to robi. Woda przyjemna, nawet czysta, ale najważniejsze w miarę ciepła. Tłoku nie ma… niedobrze, bo tak liczyłem, że się podczepię pod jakieś „szybie” nogi. Ale całkiem sprawnie idzie, gęsto poustawiane boje sprawiają, że szybko widać postępy, nawrót na boi w kształcie czerwonego stożka i już jestem w kierunku na most. Po drodze mam jeszcze trzy takie stożki i już tylko prosta do mety. Pracuję równo, samotnie, trochę ciężko, w końcówce udaje mi się pod kogoś podczepić. Początek sezonu, nie wiem jaka jest moja dyspozycja, nie zarzynam się w tym pływaniu na maksa, ale tez jest bez obijania się.  Jeszcze tylko wyjście po drabince … tak, tak, takiej jak w basenie (chociaż wolontariusze pomagają) i do strefy. Popłynąłem w 31 minut, zważywszy, że z prądem rzeki (może nie jakiejś mega bystrej), to przeciętnie, liczyłem, że będzie odrobinkę lepiej, ale mogło być przecież i gorzej…(dystans wyszedł 2 km, większości, a nawigowałem całkiem przyzwoicie).

Piękne trasy i ślad z mojego wyścigu

Strefa zmian T1 (pływanie-rower):
Mówiłem, że leje…? A to przypomnę leje cały czas. Do rowerów jest dość daleko, trzeba pokonać stromą skarpę i 80 schodków (taki tam Sieraków i kawałek Płocka) i całkiem solidny dobieg. Szybko wychwytuję swój worek, w namiocie zrzucania pianki też idzie całkiem sprawnie, jeszcze tylko po rower… yyyy….no właśnie wszyscy już wyjechali z mojej strefy, tylko parę rowerów, musiałem się nieźle guzdrać w tej wodzie (chociaż dla jasności jestem w strefie gdzie same „konie”, przynajmniej wg rankingu IM). No cóż… będę gonił. Jeszcze tylko trzeba uważać (mówiłem, że leje…bardzo), bo jezdnia mokra i śliska, a jakoś na ten rower trzeba wskoczyć. Wskakiwania nie zapomniałem, było efektownie i już jestem w butach na mokrej, pełnej kałuż trasie.

Walka na trasie rowerowej, w strugach deszczu, średnia 38,7 km/h pozwoliła podgonić parę miejsc

Rower (90km):
Leje…rozkręcam się spokojnie, bo lekki tłok. Wiem, że nie jest dobrze, bo widziałem ilość rowerów na wieszakach (prawie zero w mocniejszej strefie), ale nie tracę głowy, to jest dopiero początek, muszę rozpoznać sytuację, lekko się rozgrzać, złapać swój rytm. Chwilę później (czyli jakieś 10 km dalej)…. – nie ma „miękkie gry” wyprzedzam, wyprzedzam… dokręcam do założonych wartości mocy i średniej prędkości, a zadanie na potem już tylko utrzymać. Idzie dobrze, jestem koło 35 km, mam wszystkie parametry zgodne z założeniami i jestem na trasie… sam, kompletnie sam, przede mną po horyzont nikogo, no może co jakiś czas kogoś dochodzę i na nawrotkach widzę z przeciwka Pro i tych najmocniejszych (ojjj… tu chyba się pracuje się troszkę grupowo…). Tak jadę do ok. 80 km, z tym, że na drugiej pętli jest trudniej, bo tłoczniej i dubluje się maruderów (przy tej pogodzie nie jest wcale takie proste (mówiłem, że leje, czasem lżej, czasem mocniej, ale leje). Końcówkę udaje mi się załapać podobnych zawodników i w „legalnym drafcie” (czyli ponad 12m za zawodnikiem), oszczędzając siły (prędkość ta sama, watty znacznie mniejsze) dowożę się do końca etapu, ale za to łapię „drugi oddech”.

I początkowe samotne bieganie w strugach deszczu

Strefa T2 (rower-bieganie):
Szybkie odstawienie roweru, szybkie założenie butów biegowych i w drogę. W czasie długo, ale i strefa była bardzo długa. Jeszcze w tych strefach za wolno biegam, muszę nad tym popracować.

A tu już pozwoliłem popracować troszkę Timurowi (RUS), ostatecznie mu uciekłem i był czwarty

Bieganie (21,1 km):
Dwie pętle po drogach wzdłuż rzeki z podbiegami po ślimakach na most (jedna przeprawa), z pięknym wybiegiem i dobiegiem po klimatycznym chińskim miasteczku. Chyba na rowerze troszkę nadrobiłem, bo na trasie jakoś luźno, przede mną bardzo daleko jakaś zawodnicza, za mną pusto. Cały mokry i ubłocony, ruszam bardzo spokojnie na trasę, znowu założenie, bez podpalania się, równomierne dociągnięcie do założonych prędkości (w moim przypadku coś pod 4’15”/km, marzenie to 1-3” szybciej) i utrzymanie tego stanu jak najdłużej się da. Opady jakby zmalały, ale po kilometrze i tak mam całe mokre buty, bo kałuże zalegają, zresztą jakie to ma znaczenie, warunki są takie same dla wszystkich. Punkty żywieniowe (solidnie zaopatrzone) co 1,5 km (tak, tak…nie przesłyszeliście się) dają spora dozę komfortu, nie trzeba się martwić, że jak się coś przegapi to zabraknie. Ale ja trzymam się swojego planu żywieniowego, czyli żel i łyk na przemian Cola/woda/iso co jakiś czas. Jestem skoncentrowany, wykorzystuję każdą nadarzającą się okazję : to się schowam za kimś od wiatru i „podciągnę” parę kilometrów, to dołączam przez paręset metrów do wyprzedzających mnie młodziaków… taka „zabawa” powoduje, że czas szybciej biegnie, a do tego mam zachowany cel – stałe równe tempo średnie. Ostatnie dwa kilometry porzucam swojego ostatniego kompana, zachęcam go do zwiększenia tempa i biegnięcia ze mną, ale urywam się szybko. Ostatnia prosta, meta…pada deszcz. Koniec, jestem prawie zadowolony, prawie, bo nie udało mi się poprawić życiówki sprzed 4 lat z Susza. Kiedyś poprawię….

łupy z wyjazdu: numer, medal, statuetka za 3-cie miejsce i slot na Mistrzostwa Świata w Nicei

 

Mój wynik:
4 godzin 28 minut 46 sekund

Miejsce: 45 na 826 którzy ukończyli
Miejsce w kat M50-54: 3 na 68 w kategorii

Pływanie (1,9 km) – 00:31:14 (rzeka i pływanie z lekkim prądem)
Strefa zmian T1 (pływanie-rower) – 00:04:30
Rower (90 km) – 02:19:44
Strefa zmian T2 (rower-bieganie) – 00:03:58
Bieganie (21,1 km) – 01:29:20

Pierwsza moja dekoracja na międzynarodowych zawodach Ironmana

 

PODSUMOWANIE:

– to pierwszy start w sezonie, do tego znacznie wcześniej niż w poprzednich latach, zważywszy że na początku roku pauzowałem 5 tygodni przez kontuzję, zrobiłem tylko dwa tygodniowe mini obozy powiązane z urlopem na „kanarach”, resztę cisnąłem na miejscu (rower tylko trenażer) przy dość sporym obciążeniu obowiązkami zawodowymi i czasami towarzyskimi, to można powiedzieć, że jestem bardzo zadowolony, chociaż do życiówki na podobnej trasie (w Linazou w znacznie trudniejszych warunkach-tu lało cały czas) zabrakło tylko i aż 2 minuty;
– niedosyt – bo z drugim przegrałem tylko i aż 14 sekund, z pierwszym 70 sekund; czy bym ich dogonił, nie wiem, bo tego dnia dałem z siebie bardzo dużo, nie wiem, czy zmieniając taktykę i przy większym szaleństwie nie udało by się urwać tych sekund, może tak może nie, było masę miejsc gdzie można by chyba ten czas wyrwać….ale jestem 3-ci, pierwszy raz na zawodach pod egida IM za granicą, przegrywam z gościem z Japonii (były triathlonista olimpijski) i Nowej Zelendii, którzy są w pełni sezonu;
– czy jechałem po slota – TAK, każdego, slot na Mistrzostwa Świata w Nici, był planem minimum, te na Konę – musiałbym wygrać, nie wygrałem nie ma tematu (chociaż przypominam, jestem zapisany w tym roku na IM Barcelona z przeniesienia z zeszłego roku, który jest tydzień przez MŚ, więc….);
– wprowadziłem kilka/kilkanaście zmian (począwszy od treningu, a skończywszy na drobiazgach) i jak się okazuje można jeszcze coś z tego „starego pieca” wycisnąć, mam nadzieję, że to nie jest tylko wskok jednorazowy, o czym będzie można się przekonać już w najbliższym czasie;
– czy wato jechać do Liuzhou w Chinach ? – to zależy, po co i w jakim celu:
– turystycznie – warto, bo to kraj odmienny kulturowo inny, z wieloma niespodziewanymi sytuacjami, które mogą zaskoczyć i oczarować, ale trzeba pamiętać, że podróż/pobyt jest dość długa i kosztowna;
– sportowo – impreza kameralna, bardzo dobrze przygotowana, wszystko zapięte na ostatni guzik (notabene koordynowała to Polka Emila, która pracuje w IM Asia), zabezpieczenia (co 50 m policjant odwrócony twarzą do chodnika, zero, dosłownie zero samochodów i ludzi na trasach przeszkadzającym zawodnikom) i przygotowanie tras perfekcyjne (dokładnie wymierzone i oznakowane), bufety zaopatrzone, służby medyczne „na nogach” (niestety był wypadek na zjeździe, ale błyskawicznie pojawiła się karetka, zawodnikowi mimo groźnej sytuacji niewiele się stało), no może strefa po skromna, ale już bankier w Wanda Realm przebija wszystko;
– sportowo ambitnie – wyjazd po sloty – tak pod warunkiem, że się będzie walczyć o najwyższe cele (po te 25 trzeba wygrać, po resztę trzeba być wysoko), inaczej nie ma sensu;
– Michał (dzięki za wspólny wyjazd, mam wrażenie, że całkiem dobrze nam się wspólnie objadało/obijało/trenowało i startowało) i gratuluję jeszcze raz slota; dzięki za wspólny start nielicznej garstce Polaków: Agnieszce Jerzyk (wygrała kategorię PRO), Paweł, Marcin Maciej – może nie było nas dużo ale daliśmy czadu oraz wszystkim za ciepłe słowa z kraju;

Z Michałem tuż za metą

 

Ekipa z Polski po bankiecie (fot. A. Jerzyk)

Reklamy

Subskrybuj

Subscribe to our RSS feed and social profiles to receive updates.

8 Komentarzy w dniu “Prawie Wejście Smoka – relacja z startu 70.3 IM Liuzhou China”

  1. Willi Says:

    Kurczę no tylko pogratulować.

    Odpowiedz

  2. Marcin Waniewski Says:

    super relacja

    Odpowiedz

    • tom2soc Says:

      Dzięki. Czytałem wywiad z Tobą i historię Twojego startu z Liuzhow… więc pewnie jak czytałeś to wiedziałeś sporo o czym piszę. Gratuluję slota na Konę w RPA.

      Odpowiedz

  3. maciej Says:

    ostatnio wchiodze na Twój blog i cisza. Mysle moze zaliczył Kone i koniec zabawy. A tu BUUUMM znów mnie zaskoczył i zmotywował. Wielkie gratulacje oraz ZDROWYCH SPOKOJNYCH SWIĄT

    Odpowiedz

    • tom2soc Says:

      Dzięki, również zdrowych spokojnych Świąt. Jetem długodystansowcem, i raczej jeszcze mam coś do zrobienia swoim amatorskim triathlonie, także… następne wpisy będę…

      Odpowiedz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: