2018 IRONMAN World Championship – relacja

16 października 2018

Starty, Triathlon

Pewnie pojawi się kilka wpisów, bo przeżycie samego Ironman’a w kolebce narodzin tego sportu na Hawajach dostarcza sporo wrażeń, a tym  bardziej kiedy jest to 40 lecie tej imprezy. O pierwszych odczuciach na gorąco pisałem w poprzednim wpisie. Dziś opis samego mojego startu, pewnie dla niektórych nuda, ale…

 

Występ na każdej imprezie niesie za sobą pewien dreszczyk emocji, do tego w tej sytuacji kiedy kwalifikujesz się na najważniejszą imprezę dla triathlonistów, obiekt pożądania i marzeń. Można sobie wmawiać – nie ma stresu, jest się przygotowanym, itp., ale to bujda. Szczególnie rola debiutanta jest trudna, jadę na drugi koniec świata i rodzi się wiele pytań, nowy teren, ponoć bardzo trudne warunki, ogromna konkurencja (tu są najlepsi z najlepszych), nowe otoczenie, nowa impreza. Wszyscy tu się uśmiechają, żartują, ale już na pierwszy rzuty oka widać, skupienie i stres przedstartowy. Ja dotarłem tu pierwszy raz i nie zamierzałem odgrywać mistrza, co nie oznacza, że nie chciałem podejść do tematu ambitne, powalczyć na ile się da. Ale też bardzo chciałem ukończyć ten start, nie po to się wlokłem na drugi koniec świata, aby tego nie skończyć (wypadek jednego z 27 Polaków (Kuby Kimmera) dwa dni przed startem, trochę rozbudził wyobraźnię). Do tego nie musiałem walczyć o slota, nie musiałem nic udowadniać, bycie w 2,5 tys. wybrańców, na razie mi wystarcza, czy będzie to 190 czy 65 miejsce nie ma dla mnie różnicy.  To kolejny etap w moim życiu, może przyjdzie czas na następne.

Cisza przed burzą, za kilka godzi będzie tu centrum świata

Poranek:
Wraz z Bartkiem Dankiem (po Tallinnie, postanowiliśmy razem się wybrać na Hawaje), wstaliśmy na 3,5h przed startem, noc upłynęła spokojnie (strefa czasowa przesunięta o 12h powoduje, że poranne wstawanie nie jest problemem), ładowanie węglowodanami szybko (u mnie standard to 100g ryżu, masło orzechowe, miód i banan), kawa, kontrola wszystkich rzeczy (nie za dużo, bo tu ciepło) i wyskakujemy na  start.  Oczywiście, jeszcze nie zaczęliśmy, a już przygody: to bus nie przyjeżdża, to wchodzimy do strefy „od dupy strony”, na szczęście wszyscy są tu pomocni i mili, a my mamy bezpieczną zakładkę czasową. Spokojnie bez nerwów ogarniamy wszystko. Impreza jest wspaniała nie tylko przez same zawody, ale również przez to co się dzieje wokoło niej. Wchodzę do strefy, odbieram naklejki i idę (w zasadzie kierują mną) do kolejnego punktu, gdzie sprawnie zostaję na rękach obklejony numerem startowym (oni to robią w minutę, mi się nigdy nie udało), potem strefa gdzie wszyscy są ważeni. Ja nie chciałem (pomyślałem co za głupota), ale przemiły Pan „ty może nie chcesz, ale my chcemy”. Zważony, gdzieś tam odhaczam kolejny punkt – strefa z rowerami. Tu uzupełnienie bidonów, pompowanie opon (jakoś wolontariuszy z pompkami nie brakowało), taka tam jeszcze krzątanina czy wszystko ok (trochę ciemno, ale radzimy sobie, ktoś podświetla komórką, latarką). Wszystko ok (komuś tam strzeliła dętka, ale to nie mój problem) i oddawanie rzeczy do depozytu, ha na koniec zostałem skrupulatnie posmarowany lokalnym kremem przeciwsłonecznym. Robi się jasno, jeszcze toaleta na wszelki wypadek (niby mało ich, a kolejek dużych nie ma) i oczekiwanie na start (no wcześniej jeszcze zakładanie swimsuita, tu woda ma 26 stopni, pianki zabronione). Spotykamy kilku naszych, luźna „gadki-szmatki”, w międzyczasie wystartowali panowie z kategorii PRO i chwilę po nich panie. Koniec przygotowań, 7:05 się z zbliża, pakują nas do wody.

Wspólny start prawie 1700 osób. To już chyba jedyne miejsce na gdzie można coś takiego przeżyć.

Pływanie (3,8 km):
Pływakiem jestem marnym, do tego pływanie bez pianek (za gorąca woda), swimsuit niewiele w moim przypadku poprawia. Do linii startu trzeba dopłynąć, boje są oddalone ok. 300m, ale to dobrze, można się trochę rozruszać. Amatorzy podobnie jak PRO startują jednocześnie, najpierw mężczyźni (jakieś 1700 chłopa) potem kobiety (jakieś 800), a to oznacza niezły kocioł. Za nawową Marcina Koniecznego, staram się być jak najdalej od tego, czyli ustawiam się skrajnie po lewej stronie. Trochę oczekiwania, lekki dreszczyk (nad głową helikopter NBC) i wystrzał ze sławetnej armaty, który oznacza start. Poszło – początek straszny ogień, walka o pozycję, trochę przepychania, niby z boku, a jest ostro. Mija kilkaset metrów, jest luźniej, wcale nie jakoś bardzo, ale ta „pralka” jest jakaś inna, tu po styku zawodników, jest lekkie odpuszczenie, każdy wie, że efektywność pływania nie leży w naparzaniu, więc płynie się coraz fajniej, łapię czyjeś nogi (z prądem łatwiej), pomarańczowe boje mijają, a statku (tu będzie nawrót po 2 km) nie widać, no trudno, pewnie się doczekam. Jest statek, o… k…a…, ile to trwało, teraz już tylko powrót, powinno być łatwiej, boje powrotne zamiast pomarańczowych są żółte. Wpadam w jakąś lekką bójkę paru osób, ktoś zsuwa mi okulary (nabieram słonej wody i do końca niewiele będę widział, wodę wyrzucam, ale oczy cały czas od słonej wody szczypią, do tego napiłem się i jest mi niedobrze, bardzo niedobrze. Powrót, to chyba inne prądy, nie idzie mi dobrze. Jest bardzo źle (a tymczasem pode mną delfinki, kilkanaście minut później żółw). Czuję się fatalnie …w wodzie…nigdy czegoś takiego nie miałem, jest mi po prostu niedobrze, chętnie bym skończył, ale bez jaj, chyba 1,5 km dam radę dopłynąć. Hmmmm… najdłuższe 1,5 km w moim życiu, od boi kierunkowej, do boi, przechodziłem czasami do żabki, chwile grzbietu, muszę jakoś dotrzeć. Już widać budynki na brzegu, strefę zmian i na złość w końcówce ponownie wielka „pralka”. Ale już wiem, że z wody wyję, a potem się zobaczy. Tego się nie spodziewałem, miałem tu cierpieć po 5 godzinie, a cierpię od razu.

Legendarna strefa zmian wbrew pozorom dzięki wsparciu wolontariuszy jest bardzo przyjazna.

Strefa zmian T1 (pływanie–rower):
Działają na szczęście automatyzmy (cyt. T.Hajto), szybko ściągam swimsuita, myje się z morskiej wody (węże z wodę dają radę), do worka jestem doprowadzony jak po sznurku (wolontariusze !!!), namiot – tu nie ma dużo czasu, ale poddaję się zabiegowi nakremowania i w drogę do roweru. Idzie szybko, rower w garści i po chwili wyskakuję na trasę.

Rower (180 km):
Jadę, ale jest źle, czuję się kiepsko, nie wiem czy dam radę coś pić i jeść. Jak to tu nie pić i nie jeść. Do tego ja zaczynam, wyjeżdżam do miasta (agrafka 10 km), a w druga stronę ciągnie masa ludzi – o k…a, jaki ja jestem słaby !!! No cóż… trzeba kręcić, aby do Hawi (tu będzie na 100 km nawrotka). To kręcę , pod wiatr, trochę wyprzedzam ja, trochę wyprzedzają mnie, im dalej tym luźniej. Górki nie ostre, ale „kąśliwe”. No i pogoda, na szczęście na rowerze, aż tak bardzo nie grzeje słońce (chociaż może grzeje, ale wiatr trochę chłodzi) i tak jest piekielnie gorąco. Każdy punkt (są co 8 km), nawodnienie na maksa, woda na ciało, a głowę, na nogi i pije wszystko co się da. Jedzenie nie wchodzi, ale wpycham. Mijają minie Olimpia, Ewelin i Piotrek, coś tam bełkoczemy, ale każdy robi swoje. Jest źle, tylko walczę aby więcej nie upaść (cały czas mam w głowie słowa Tomka Kowalskiego: „Jak tu upadniesz, coś zaniedbasz, to się już nie podniesiesz”). Na podjeździe do Hawi, zaczynam odżywać, może nie ma szału, ale daję radę. Samopoczucie coraz lepsze. Nie są to moje założenia, ale co tam…, muszę to skończyć, dziś trzeba myśleć racjonalnie. Od 100 km już tylko pilnuję aby się nie zajechać. Jem, piję, schładzam, kontroluję średnią, kontroluję samopoczucie. Szału nie ma, średnia w okolicach 33 km/h, ale przygotowuję się pod blisko 4 godzinny bieg i jak mam dotrzeć na metę, to mszę zachować rozsądek. Dalej pagórki, dalej zmienna pogoda, od piekła gorąca, po lekki deszczy, docieram do końca etapu rowerowego. Cieszę się, że się trochę podniosłem, już wiem, że choćbym miał się doczołgać to skończę te zawody, chociaż tu chyba niczego nie można być pewnym.

Trasa rowerowa była tego dnia łaskawa.

Strefa zmian T2 (rower-bieganie):
Tą strefę opisze dokładniej, bo uważam, że jej organizacja jest majstersztykiem. Zeskakuję z roweru w pełnym pędzie (dla czasu nie ma to znaczenia, ale cóż mogę poczuć się jak zawodowiec), rower odbiera ode mnie obsługa, potem bieg przez strefę, gdzie jestem prowadzony jak dziecko (co 10m wolontariusz wskazujący drogę paluszkiem), po drodze ściągam kask, ale kolejny z pomagających (biernie) krzyczy numerem na kasku do przodu, numerem do przodu. Gdy już jestem w alejce z workami na rzeczy biegowe, 30 m przed pani przez megafon krzyczy mój numer, to pomaga kolejnym ludziom wskazać mi właściwą alejkę (są tylko 4 możliwości, ale i tak nie wpuszczą mnie gdzie nie należy), a kolejna osoba paluchem wskazuje mi gdzie wisi mój worek. Uwierzcie mi mogłem dzień wcześniej nie przyswajać, gdzie, co jest bo i tak bym trafił poprowadzony za rękę. Teraz zostaje mi 20m na dotarcie do namiotu, gdzie się mogę przebrać, tu oczywiście „All Inclusive” – w środku toalety, wentylator „po byku”, krzesełka, pan pomagający, osoba smarująca kremem przeciwsłonecznym, zabierają sami worek po zmianie, pogadać tez można, ale nie ma czasu. W drogę, jeszcze dostajesz kubek wody do ręki, alejka wybiegowa poprowadzone tak że nie ma szans aby się zgubić. Obsłużony, wyprawiony – dalej sobie radź sam. Przez kolejny kilometr jeszcze myślałem, człowieku trzeba było posiedzieć jeszcze tam trochę – było tak miło.

Blisko mety, zaczął zapadać zmrok.

Bieg (Maraton 42,2 km):
Żarty się skończyły, słońce dowala, wilgotność…no kiepsko się oddycha. Początek, do ok 10 km super (jak zawsze), masa kibiców, biegnie się po mieście i kultowej Ali Drive, tłum pomaga, motywuje. Mimo, że siły jakieś jeszcze są hamuję się jak mogę, na każdym bufecie piję (są co 2 mile), co drugi/trzeci coś podjadam, ale głównie się chłodzę. Strategia prosta cztery gąbki z zimną woda na pierwsi i kark, lód do czapki. Te operacje w strefie staram się robić w szybkim chodzie, ale to i tak ubija tempo całości biegu. A bez tego nie da rady, lód pod czapka do następnego punktu znika, a gąbki prawie suche. Do dziesiątego kilometra jeszcze sporadycznie gdzieś na Ali Drive można było przebiec przez skrawek cienia, no i lokalni mieszkańcy z polewaczkami robili swoje. Potem już podbieg (sztywny) i 16 km do słynnego Energy Lab po autostradzie. Zero cienia, słońce full lampa, asfalt paruje, droga pofałdowana, góra-dół, z czego w tą stronę bardziej góra i jeszcze na deser wiatr w twarz, to może i dobrze bo trochę chłodzi, chociaż czy ciepły wiatr chłodzi ? No dobra, nie ma co dywagować, trzeba tam dobiec, a powrót będzie już formalnością. Tia…..dobiec tam, jeden hopek, drugi, trzeci…kolejny, mija mnie pędzący Michał Rajca, kolejny z naszych z przeciwka Marcin Lipowski, pytam” Daleko jeszcze ?”, odpowiedź „Nie”, fajnie… ale znowu hopka i znowu… jest, jest, jest ten je…y skręt z autostrady do Energy Lab, tyle, że tam ponownie się dłuży. Tym razem z przeciwka Bartek Danek i chwilę za nim Piotrek Gąsiorowski (wszyscy wyglądają na mocno zjechanych), ale jest dobra wiadomości, że już blisko do nawrotu. Faktycznie, blisko, ale i tak daleko. Po drodze pada przede mną pani, skurcze, wije się z bólu i krzycząc prosi o pomoc. Sporo osób idzie, zwalnia, ale i tak większość walczy biegnąc. Jest nawrotka, jest !!!! Wracam, wracam do mety, ostatnie 15 km. Po drodze widzę walczących Darka Drapellę i chwilę potem Bożenę Jaskowską, a jeszcze dalej Marka Musiała. Warunki się zmieniają, zostaje ostatnia godzina walki, niby mam z górki, ale już bez wiatru w plecy (a tak na to liczyłem), słońce już tak nie pali, co nie oznacza, że nie trzeba się chłodzić, dalej jest piekielnie gorąco, a to oznacza, że każdy punkt idę (robię tzw. serwis: chłodzenie, picie, jedzenie, sól), ale między biegnę. Kusi aby iść, ale nie odpuszczę, będę biegł, kolejna hopka… i kolejna…i ostatni podbieg do miasta i wiem, że za chwilę ostatnie 2 km zbiegu będę gnał jak szalony. Po mału się ściemnia, ale mam to !!! Jestem na zbiegu w mieście (na marginesie bardziej boli niż te podbiegi, tyle, że szybko idzie). Ostatni kilometr, wpadam na Ali Drive, słyszę  hałas na finiszu i zabawę publiczności. Jestem już na dywanie, w korytarzu do mety, widzę ją, jest cudownie, zrobiłem to ukończyłem tego prawdziwego jedynego IRONMANA. Słyszę magiczne słowa „Tomas Sosza, you are an Ironman” !!! Jest pięknie !!!

Meta

META:
Cudowne uczucie, kiedy wpada się na metę, wiedząc, że to kolebka tego sportu, który narodził się na tej wyspie równo 40 lat temu. Lepiej mi się trafić nie udało. Od minięcia mety natychmiast jestem otoczony od razu opieką przez dwóch przemiłych wolontariuszy, którzy przykrywają mnie ręcznikiem i prowadzą do strefy finisher, w tym samy czasie ktoś gratuluje i zawiesza na mojej szyi lokalne korale. Wszystko dzieje się szybko, jestem tak zmęczony, że nie wszystko pamiętam. Nie ma chwili aby „moi” wolontariusze mnie odstąpili, zwracają uwagę na każda przeszkodę, podtrzymują, jak widzą że słabnę, ktoś mi cierpliwie ściąga chipa z nogi. Opiekunowie upewniają się, że sam już sobie poradzę, jeszcze odbieram koszulkę finishera, przepiękny, urodzinowy, ciężki, wielki medal – to po to tu przyjechałem i worek z depozytu. Dalej spotykam już koleżanki i kolegów, wszyscy wyglądamy  na mocno wymęczonych, próbujemy coś jeść, pić, wymieniamy poglądy i opinię. Dziś wszyscy deklarują, że rzucają triathlon…

 

Mój wynik:
11 godzin 07 minuty 35 sekund

Miejsce: 1418 na ok. 2472 startujących
Miejsce w kat M50-54: 125 na 225 w kategorii

Pływanie (3,8 km) – 01:20:21
Strefa zmian T1 (pływanie-rower) – 00:04:16
Rower (180,2 km) – 05:35:48
Strefa zmian T2 (rower-bieganie) – 00:04:55
Bieganie (42,2 km) – 04:02:15

Trochę inny medal, trochę inny numer, zdjęcie nie oddaje jakie są ładne

 

KILKA SŁÓW PODSUMOWANIA:
– na odprawie usłyszałem słowa – „Tu jest prawdziwy Ironman !!!” i to prawda, tu jest ten klimat, ciężkie trasy, tu się wszystko zaczęło, tu to jest pielęgnowane, a start i oprawa doprowadzona do perfekcji, dlatego każdy kto kocha ten sport powinien powalczyć, aby tu się znaleźć przynajmniej jeden raz;
– tu są najmocniejsi zawodnicy na świecie, pierwsza dwudziestka w grupie wiekowej to jakiś kosmos;
– nie będę odnosił się do mojego startu, nie wiem czy mogło być gorzej czy lepiej, to jest pełny dystans Ironman’a, dla mnie w nowych i trudnych warunkach, o poranku napisałem moim najbliższym „Mam nadzieję, że całość zrobię w czasie ok. 11h, tu są bardzo ciężkie warunki, w rozkładzie (pływanie coś 1h20min, rower 5h40min, bieganie do 4h, zmiany po 4min). Finisz będzie nad ranem, mam nadzieję, że pójdziesz spać, a nie będziesz się martwił. Dam radę :)” . Oczywiście myślałem, po cichu, że da się coś ugryźć więcej, ale… może kiedyś.
– oczywiście jak wszędzie były i drobiazgi, chociaż ten cięższy to drafting, moim zdaniem organizator musi coś z tym w końcu zrobić (mi się nie „udało” draftować, byłem za słaby na te grupy 🙂 );
– wspiera mnie moja najbliższa rodzina, bez której nie dał bym rady tego ogarniać, ale też masa ludzi wokoło, przyjaciele, koledzy i koleżanki, współpracownicy, partnerzy – DZIĘKUJĘ WAM BARDZO  !!!
– brawo Polacy, każdego roku nasza reprezentacja jest coraz większa, niezależnie czy osiągnęliście swoje cele czy nie, wszystkim gorąco GRATULUJĘ;
– Tomek Kowalski – dzięki bardzo za to, że pomogłeś mi się tam znaleźć;

Misja KONA za nami, orły wylądowały – Bartek, dzięki za wspólny szalony wyjazd, nie tylko sportowy 🙂 PS. To te same medale (mój przód, Bartka tył).

Reklamy

Subskrybuj

Subscribe to our RSS feed and social profiles to receive updates.

3 Komentarze w dniu “2018 IRONMAN World Championship – relacja”

  1. Maciej Says:

    Czapki z głów. Szacun!!!!!

    Odpowiedz

Trackbacks/Pingbacks

  1. Beer Mile Szczęśliwice 2018 | Made in 1968 - 22 października 2018

    […] tydzień po największej przygodzie sezonu MŚ na Hawajach, ale jest impreza, która gości w moim sercu naturalnie, nie mogłem się nie zapisać. Beer Mile […]

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: