IRONMAN Tallinn 2018 – relacja

6 sierpnia 2018

Starty, Triathlon

Tallin wybrałem w zeszłym roku, nie kalkulowałem, nie brałem sprawdzonych miejsc, moja zasada, każdy start na pełnym dystansie Ironman’a w innym miejscu jest na razie nie do zmiany. Impreza debiutuje, to jej pierwsza edycja i troszkę się niepokoiłem czy organizatorzy udźwigną, ale muszę przyznać, że się nie zawiodłem, to co mnie spotkało w Estonii to…  Mistrzostwo Świata, dosłownie i w przenośni.

Obiekt pożądania jest mój

Przed:
Jak wiadomo z wcześniejszych wpisów w tym roku nie mam za dużo szczęścia, w połowie marca kontuzja, która się za mną ciągnęła i mocno pokrzyżowała sporo planów. Najgorsze, że prawie półtora miesiąca nie trenowałem, a po powrocie do treningu dalej „stąpałem po cieniej linie”, każdy solidniejszy trening (a jak wiadomo do tego dystansu trzeba trochę potrenować) powodował ponowne kłopoty. Przez cały okres przygotowań dodałem sporo zajęć, pozwalających na dotrwanie do startu (takie tam dbanie o siebie – rozciąganie, rolowanie, bieganie po miękkim, buty z większą amortyzacją….wszystko systematycznie). Na miejsce docieram wraz z synami na trzy dni przed startem. Poza przymusowymi działaniami (rejestracja, odprawa, wstawianie „gratów” do stref) wypoczywam jak mogę. W dzień startu budzę się o 3.30, po napchaniu się około 700kcal, czuję, że jestem gotowy.

Support Team na Tallinn – najlepszy na świecie.

Pływanie (3,8 km):
Start o 6.30, przed szybka rozgrzewka i termiczny szok – to raczej krioterapia niż pływanie. Syrena ze statku i jestem wraz z kolegami i koleżanką z drużyny w wodzie, no… jest naprawdę rześko, nawet przychodzi mi przez moment do głowy, że trzeba zawrócić (temperatura wody to 15 stopni). Pierwszy kilometr pływania było naprawdę zimno, ale z czasem o tym kompletnie zapomniałem, odwrotu nie ma, trzeba robić swoje. Starałem się być skoncentrowany, realizować założony cel – szukać nogi innych zawodników, korzystać z draftingu, oszczędzać się w tej pierwszej godzinie ile się da, ale też nie przespać tego etapu.  Wydawało mi się, ze płynę w miarę rozsądnie i tempo jest dobre, po wyjściu z wody czas mnie trochę rozczarował, myślałem że idzie szybciej.

Strefa zmian T1 (pływanie-rower):
Z wody wyszedłem strasznie przemarznięty, jakoś słabo szło dobieganie do strefy, ale byłem już szczęśliwy, że pływanie mam za sobą. Zdejmowanie pianki szło mi kiepsko, „naszarpałem” się i z góra i z dołem, straciłem sporo czasu. Reszta, czyli dobieg do roweru rozsądnie.

Gdzieś na trasie rowerowej , w tle Bałtyk

Rower (180 km):
Trasa to prawie dwa okrążenia po płaskim terenie, oczywiście były jakieś pagórki i wzniesienia, ale raczej mało kłopotliwe. Założenia i koncentracja – z takim celem wyszedłem na tą około 5 godzinną jazdę – liczy się czas końcowy i dyspozycja z jaką zejdę na bieg. Jak to napisał mój trener: „Wszystko rozstrzygnie się w 9 i 10 godzinie wyścigu, wcześniej to tylko prężenie muskułów…”. No to nie prężyłem tych muskułów (zresztą i tak ich nie mam), pilnowałem praktycznie dwóch elementów: prędkości średniej, systematycznego jedzenia i picia (w każdej godzinie 1 baton, 0,6l ISO, 0,4l wody, niezależnie od warunków). A moc ? Przydatna, ale jako wartość pomocnicza. Praktycznie przez cztery godziny jechało się w super warunkach, trasa idealnie oznaczona i zabezpieczona, tylko miejscami gorszy asfalt, punkty żywieniowe co 20 km, chwilami czułem się jak na dłuższym treningu tlenowym. Sielanka skończyła się po czwartej godzinie gdy zaczął padać deszcz, na początku niemrawo, ale były momenty kiedy lało solidnie. Średnia prędkość minimalnie spadła, dostosowałem się do warunków na drodze. Na żadnych wcześniejszych zawodach, z roweru na bieg nie schodziłem w tak dobrej dyspozycji. Pewnie można było jeszcze mocniej, ale… 9 i 10 godzina wyścigu.

Strefa zmian T2 (rower-bieganie):
Tu szybko, rower zostawia się wolontariuszom, chwila w namiocie, buty biegowe na nogi, czapeczka i wybiegam na trasę,

Bieganie (42,2 km):
Zaczyna się bieganie i od razu pod górkę (dla jasności, tu generalnie jest płasko, ale organizatorzy zapewnili „atrakcję”, 8 x podbieg/zbieg powiedzmy stopień trudność „jak pod Agrykolę”  /przewyższenia całej trasy w sumie 320m/).
Pierwsze 10,5 km: początek zwalniałem na siłę, chociaż i tak szło szybko…, za szybko, było naprawdę komfortowo, nie padało, temperatura rozsądna, jak to zwykle na początku – pięknie.
Drugie 10,5 km: podbiegi już zrobiły swoje i trochę zwolniłem (nogi obite, odzywają się stare dolegliwości), starałem się kontrolować tempo, no tylko że zmieniły się warunki – cale okrążenie padało (raczej lalo), miejscami biegło się w wodzie po kostki. Wpadam w jakąś dziurę niewidoczną w kałuży, skręcam lekko stopę, ale dyspozycja i tak w miarę rozsądna.
Trzecie 10,5 km (zaczyna się Ironman 8-9 godzina): przestało padać, z każdą minuta robi się coraz cieplej (jem i pije cały czas zgodnie z założeniami i wchodzi, ale jak jest ciepło to słabiej). Wydolność dobra, zbliża się 30 km i mam kłopot z nogami, kolano „odzywało się” cały czas (zmieniałem rytm, ustawienie stopy i jakoś szło), do tego doszły skręcona (lekko) stopa, no i już bolą „czwórki” (jakoś za szybko, bo wcześniej tak nie miałem).
Czwarte 10,5 km: jest bardzo ciężko, siłę nazwijmy to fizyczną mam, ale wysiadają mi nogi,  mięśnie czworogłowe i kolana bolą piekielnie, coraz częściej muszę przejść do truchtania, a nawet marszu. Jest ciężko i wiedziałem, że tak będzie, wzdłuż trasy biegną ze mną synowie krzycząc: „Nie idziemy, truchtamy !!!”, „Zaraz dogoni cię Portugalczyk !!!” itp. Robię co mogę… Ostatnie 2km: jeden wielki ból, delikatnie krzywe podłoże (kostka na rynku) to potworny ból. Kolana i nóg nie mam, ale dobiegam. Dałem z siebie wszystko.

Upragniona meta

Mój wynik:
9 godzin 52 minuty 53 sekund

Miejsce: 153 na ok. 1124 startujących
Miejsce w kat M50-54: 5 na 88 w kategorii

Pływanie (3,8 km) – 01:09:44
Strefa zmian T1 (pływanie-rower) – 00:04:19
Rower (180,2 km) – 04:51:54
Strefa zmian T2 (rower-bieganie) – 00:01:58
Bieganie (42,2 km) – 03:45:00

Numer, medal i… MONETA (kwalifikacje na MŚ)

Podsumowanie:
– MAM TO – SLOT JEST MÓJ !!! –  5 miejsce w kategorii grupowej daje mi „Świętego Graala triathlonu”, marzenie prawie każdego triathlonisty, czyli kwalifikację na Mistrzostwa Świata na Hawajach;
– debiutanckie zawody Ironman Tallinn organizacyjnie bardzo mnie oczarowały i nie patrzę na nie przez pryzmat akapitu powyżej, może wszystko jeszcze nie jest idealne, ale dali radę. Pływanie (poza temperaturą, ale kto ma na to wpływ) w fajnym miejscu, trochę „pokręcone”; rower: przepiękna, szybka trasa, wiem, że jak płaska to wszyscy myślą – drafting – chyba nie było aż tak drastycznie, no i bieganie na koniec ze smaczkiem. Bufety full, idealnie i równomiernie rozłożone, dosłownie wszystko (tak, tak… był lód w kubkach, nawet taki rozdrobniony, cola odgazowana…), dbanie o detale i drobiazgi – dla mnie mistrzostwo świata.
– mój start – nigdy nie jest tak dobrze, aby nie było lepiej – ale pełny dystans idzie mi coraz lepiej, w końcu ogarnąłem żywienie i mogę się skupić na robocie, a nie siedzeniu w toaletach; w końcu zrozumiałem, że na pełnym dystansie liczy się strategia, a na końcu czas (chociaż mój nie był jakoś mega imponujący), a nie moc, prędkości akcentów na treningach itp. to tylko środki pomocnicze – widzę jeszcze ogromne możliwości przede mną;
– nie było klasyfikacji drużynowej, a pewnie jako drużyna rozklepalibyśmy system, wzięliśmy cztery sloty, miejsca na pule lub w czołówce , koleżanki i koledzy z Trinergy – gratuluję wam wszystkim serdecznie, start z Wami to przyjemność, ściganie/mijanie się z Wami na trasie jest niesamowitym kopem motywującym do większego wysiłku;
– proszę Państwa, moim trenerem jest Tomasz Kowalski – zadanie wykonane, bardzo dziękuję;
– zawody roku, to i wsparcie większe (chociaż nie lubię demolować życia rodziny) tym razem pomagają mi synowie Karol i Kamil; to dzięki nim docieram w komfortowych warunkach i w każdym momencie mam ogromną pomoc (oczywiście reszta rodziny zdalnie w domu też mnie wspiera) – dzięki wielkie !!!
– jest masa ludzi, którzy wspierają mnie w tym szaleństwie, fajnie wiedzieć, że mogę na was liczyć – dziękuję;

Super TRINERGY Team i przyjaciele w drodze na Hawaje

FOTKI tzw. startowe, jak zwykle we wpisie IronMan w 15 zdjęciach.

Reklamy

Subskrybuj

Subscribe to our RSS feed and social profiles to receive updates.

8 Komentarzy w dniu “IRONMAN Tallinn 2018 – relacja”

  1. Willi Says:

    Gratuluję bardzo się cieszę i mogę napisać a nie mówiłem pozdrawiam i życzę powodzenia

    Odpowiedz

  2. Tomek Pro. Says:

    Fajnie napisane. IM jak wiadomo i tu jest tego dowód wygrywa sie glową i mądrością, a nie szybkim rowerem…

    Odpowiedz

    • tom2soc Says:

      Dziękuję. Tak, to prawda. I tak spi…..m na biegu, nauka trwa… Ale rower ma byś szybki, Watty (czy tam jakieś inne zarąbanie) nie koniecznie. 1/8, 1/4 a nawet 1/2 to nie jest pełny dystans IM i trzeba myśleć, a nie npi…ć.

      Odpowiedz

  3. maciej Says:

    o kurwa mac!!!!!! coś pięknego. gratulacje ps.troche się osmarkałem z wrażenia

    Odpowiedz

Trackbacks/Pingbacks

  1. IRONMAN Tallinn – relacja w 15 fotach i 15 zdaniach | Made in 1968 - 18 sierpnia 2018

    […] tylko z zawodów na pełnym dystansie w 15 zdjęciach i 15 zdaniach, tym razem czas na Tallinn. Pełna relacja z zawodów na gorąco jak zwykle w wpisie […]

  2. Triathlon Series Nieporęt 1/4 IM – relacja | Made in 1968 - 3 września 2018

    […] IronMan Tallin zero trenowania, trzeba się trochę zregenerować nie tylko fizycznie, ale również psychicznie, […]

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: