IRONMAN Wales 2017 – relacja

11 września 2017

Starty, Triathlon

Skąd pomysł na kolejnego IronMana i to we wrześniu, skoro miałem być na Mistrzostwach Świata w Chattanodze (slota przygarnąłem w St.Polten) na połowie dystansu ? Powodów było naprawdę sporo (wiadomo, życie nie jest proste), ale przeważył chyba ten jeden – po prostu „kręcą” mnie już tylko pełne dystanse. Miejsce – to zupełny przypadek – na zawody na pełnych dystansach wybieram te pod egidą IronMan’a, a we wrześniu w Europie posucha, Barcelona i Emila-Romagna wyprzedane – została Walia – to ponoć trudne zawody, no cóż – nie ma wyboru.

Przyszedł czas na zmierzenie się ze smokiem, szkoda, że nie przy pełnej dyspozycji

Przed:
Sierpień pomimo różnych trudności mocno przepracowany, zrobione solidne treningi, do tego zaczynam odpoczywać wcześniej, wygląda to wszystko bardzo optymistycznie i… tydzień przed startem „trafia” mnie grypa żołądkowa (tak familijnie), do wyjazdu 3 dni, a ja faszeruję się lekami, drgawki, temperatura. Każdego dnia niby lepiej, ale szału nie ma i tak postanawiam lecieć, decyzja czy wystartuję zostawiam na ostatnią chwilę, najwyżej wyjdzie wyjazd turystyczny. Na miejsce docieramy dość szybko (samolot 3h, samochód 3h, inne 3h), mieszkamy 100m od mety wiec nie musze za dużo się przemęczać, ale od piątku do niedzieli troszkę pozwiedzaliśmy to przeurocze miejsce. Poza procedurami przedstartowymi (rejestracja, odprawy, oglądanie ważnych miejsc), staram się rozruszać. W sobotę podejmuję decyzję, że wystartuję, na dzień startu organizatorzy zapowiadają załamanie pogody i proszą, aby raczej nie używać w rowerach dysków i wysokich stożków, tylko, że ja nie mam nic innego. Ech…będzie ciekawie.

Miasteczko gotowe na przyjęcie zawodników, zresztą tu będzie trasa biegowa, a na niej tłumy

START:

Pływanie (3,8 km):
Pływanie w morzu (zatoce), zresztą na początku tego nie łapałem, bo wieczorem dnia wcześniejszego w miejscu gdzie miałem pływać, to za dużo wody nie było. Rano wszystko było w porządku (przypływ), woda jest, boje idealnie rozstawione. Płynie się dwa okrążenia po trójkącie z wyjście na plażę i obiegnięciem boi. Przed startem hymn Walii (ciary były) i dalej motywujące AC/DC, start falowy, szybko znajduję się w wodzie. Początkowo chłodno, ale szybkie ruchy rozgrzewają ciało i po paru minutach nie czuć zimna. Nie jest jakoś tłoczno, ale czuję obok siebie cały czas innych zawodników. Pierwsze okrążenie naprawdę rozsądnie i w miarę komfortowo (po zerknięciu na zegarek miałem po połowie jakieś 32 minuty), ale drugie zrobiło się trudniejsze, nawet nie chodzi o zmęczenie, bo sądzę, że pracowałem podobnie jak w pierwszej części, jakoś drastycznie zmieniły się warunki, zrobiła się większa fala, zaczęło strasznie bujać. Całość dystansu (z GPS wyszło 4050m) pokonałem 1:08:24, może czas nie jakiś zabójczy, ale w granicach mojej tolerancji.

Dywanów nie ma, ale rowery dopisały

Zmiana T1 (pływanie-rower):
No to rzadko mi się zdarza rozpisywać w tej części, ale tym razem jest o czym. Z zatoki do strefy zmian łatwo nie jest się dostać – trzeba zdobyć klif (podbieg serpentyną w górę) i ponad kilometr biegania ulicami. No to, aby było łatwiej biec taki kawał, na balustradach po wyjściu z wody pojawiają się dodatkowe worki, tylko na buty biegowe, można biec w piance, bez (znaczy się można ją zdjąć) ale wszystkie swoje rzecz trzeba zabrać, w przeciwnym wypadku grozi dyskwalifikacja. Ja zrzucał całkowicie piankę, szybko zakładam buty, pianka do worka i jestem z pianą pod pachą w drodze do strefy. Mimo wczesnej pory na całej trasie masa kibiców zagrzewająca do walki (a mają kogo zagrzewać, jest tylko 10 stopni). Potem namiot z workami (tu worki są w namiocie /wiem dlaczego-tu ciągle pada, więc dla ochrony/), kask na głowę, numer, ubieram kamizelkę, bo jest naprawdę zimno i dobieg do roweru – ja na bosaka, bo buty są przy rowerze, ale nie ma dywanów, a podłoże mega nieprzyjemne, w każdym razie dało radę. Całość z dobiegiem robię w czasie 0:09:37, naprawdę przyzwoicie.

1- koniec pływania (za chwilę będzie tu woda-przypływ), 2 – od tego miejsca po „wspinaczce” jeszcze 1km do właściwej strefy.

A tak wygląda to już po „wspinaczce”, po już powiem, że mniej boli, niż wygląda (Tu będzie woda… ale rano :))

Rower (180,2 km, przewyższenie 2489m):
Strategia była prosta, pierwsze duże okrążenie ok. 111km, bardziej zachowawczo, tak aby zostały siły na drugą pętle (ok. 69 km) i pofałdowany bieg.  Ale początek jadę troszkę mocniej,  trasa wiedzie prawie wybrzeżem (aż do końca cypelka, w przepięknym Parku Narodowym), a to oznacza jazdę pod wiatr (niestety bardzo silny, powyżej 50km/h), do tego temperatura to jedyne 11 stopni i zaczął padać deszcz. Trzeba się jakoś rozgrzać. Całość atrakcji domyka ok. 2,5km przewyższeń, tylko, że tu mamy falowanie non stop, podjazd, zjazd. Podjazdy poza dwoma (gdzie nachylenie dochodziło do 16%) nie były kłopotliwe, kłopotem większym były zjazdy (droga śliska, liście itp.), wymagało to cały czas pełnej  koncentracji, przy moim pełnym kole i 8 cm stożku z przodu, wiatr targał mną jak flaga, ręce od trzymania lemondki bolały mnie już po 20km, a i tak co chwilę musiałem ratować się górnym chwytem. Jeszcze słowo o drogach, trasa jest poprowadzona „bardzo” bocznymi drogami, na których mieści się dosłownie jeden samochód (co 500m zatoczka do mijania się), bujna roślinność (wysokie na 3-4m krzewy, drzewa, krzaki powodowały, że jechało się jakby w tunelu, nie bardzo było wiadomo co jest za zakrętem, poziom komplikacji na zjeździe, mokrej nawierzchni robił się ekstremalny (teoretycznie sporo trasy przejechałem wcześniej samochodem w ramach wycieczki krajoznawczej, ale to kompletnie było w małym stopniu przydatne). Kończyłem pierwsze okrążenie w miarę komfortowym samopoczuciu (chociaż trochę mną telepało z zimna), lekko poniżej założeń mocy (zostawiałem siły na drugie okrążenie), ale kontrolowałem średnią prędkość, a okolice 31km/h mnie satysfakcjonowały, systematycznie piłem i jadłem, pogoda nie odpuszczał lało jak z cebra. I na dojeździe to Tenby, podwójny ostry zakręt 90 stopni x 2, na kolejnym dużym zjeździe, wpada na mnie  inny zawodnik, nie wyhamował, ścinał zakręt, sam nie wiem co. Upadam na pobocze, chodnik z krawężnikiem, na szczęście nie na dużej prędkości , ale są straty w rowerze (przerzutki przestały działać prawidłowo, przy zmianie spada mi łańcuch, odpiął się miernik mocy, poleciały wszystkie bidony), obiłem biodro, tyłek i przedramię. Jestem prawie cały – nie rozpamiętuję, „szybka” akcja serwisowa i jadę dalej, ale czasu wbrew pozorom poszło bardzo dużo. Po paru kilometrach na kultowym podjeździe, redukuję biegi i spada mi łańcuch (a podjazd w tym miejscu 12%), szybko naprawiam, ale walczę aby wystartować, ku uciesze całego tłumu (próbuję sporo razy, nie mogę ruszyć) tłum mnie wspiera kibicując, po każdej nieudanej próbie jęk zawodu (dla jasności nikt mnie nie może popchnąć bo w tym miejscu są barierki, zresztą nie wiem czy to byłoby zgodne z przepisami), resztką sił udaje się – znowu kolejne minuty stracone. Na drugą pętlę ruszam z mniejszym entuzjazmem, technicznie jakoś ogarnąłem temat, adrenalina pozwala zapomnieć o „obolałych gnatach”, ale w głowie pojawia się blokada – weź gościu tu się nie zabij – jadę ostrożniej. Po drodze spotykam kolegę z temu (chyba mnie wyprzedził jak walczyłem), też nie miał szczęścia – połamana lemondka. Do strefy docieram już bez większych przygód, ale na pewno jechałem ostrożniej. Czas roweru to 6:16:37, nie tak to miało wyglądać.

Przepiękne miejsce, naprawdę warto wpaść do Tenby

Strefa zmian T2 (rower-bieganie):
Nie jakoś szybko, trochę straciłem entuzjazm, ale też bez zbędnego tracenia czasu (jeszcze łyknąłem leki przeciwbólowe i można powalczyć na dystansie maratonu). Dobra wiadomość-przestało padać, ale wieje jak diabli. Czas zmiany: 0:04:22.

A biega się w takich okolicznościach, za chwile będzie tu tłum kibiców

Bieganie (42,2 km):
Zostało tylko 4 okrążenia po 10,55 km, przewyższeń jakieś 500m, niby niedużo, ale przy szalejącym wietrze i coraz słabszej dyspozycji (zaczyna mną coraz bardziej „telepać”, tyłek boli, ale leki działają) może to być wyzwanie. Niezależnie od sytuacji, postanowiłem, że spróbuję zrealizować założenia (do połowy po 4’50″/km, a potem ile się da), szło dramatycznie, silny wiatr, no i te podbiegi i zbiegi, zimno, źle się czułem, gdzieś na 6km musiałem skorzystać z toalety i to trochę zabrało, z tempa średniego 4’50″/km zrobiło się 5’25″/km, ale podganiałem – do 21 km miałem już 5’03” przechodziłem tylko przez niektóre strefy z jedzeniem (jadłem żele i piłem), ale im dalej tym coraz ciężej. Kryzys przyszedł gdzieś na 33 km, w zasadzie truchtałem (i tak sukces, bo chyba jako nieliczny podbiegałem, masa ludzi szła), do końca dotruchtałem, nie miałem siły na wyrównanie tempa. Na bieganiu zostałem zniszczony już do końca. Ale dotarłem do mety, nie dałem się pokonać przez walijskiego smoka, ale zostałem poraniony straszliwie. Meta, jakże skromniejsza, od tych na których startowałem, ale w jakże przepięknym miejscu, wpadłem uradowany, przy ogromnym aplauzie publiczności. Niesamowita radość.

 

Umęczony numer, upragniony medal.

Mój wynik:
11 godzin 33 minuty 20 sekund

Miejsce: 202 na ok. 2066 startujących
Miejsce w kat M45-49: 26 na 306 w kategorii

Pływanie (3,8 km) – 01:08:24
Strefa zmian T1 (pływanie-rower) – 00:09:37
Rower (180,2 km) – 06:16:37
Strefa zmian T2 (rower-bieganie) – 00:04:22
Bieganie (42,2 km) – 03:54:20

Podsumowanie:
– to mój piąty Ironman na pełnym dystansie, ale chyba pierwszy raz przeżyłem prawdziwego IronMana, te poprzednie to była „bułka z masłem”, jak bym miał powiedzieć Walia skala trudności x2, a nawet x3 (na pewno pogoda również miała wpływ na ta ocenę); samo miejsce i zawody to jakiś kosmos (ponoć parę lat temu tak nie było), nie ma tu jakiegoś przepychu, mega wypasionych odpraw i bankietów (zamiast tego talon na posiłek w jednej z wielu restauracji), ogromnej strefy expo, wszystko wydaje się takie surowe, ale genialne w tej prostocie; i jeśli mówiłem, że gdzie indziej są kibice, to tu jest coś niesamowitego, przepiękne miasteczko i przepiękna okolica, w każdym miejscu flagi Ironman Walia, w wielu oknach, ludzie tu tym żyją, do tego w taką pogodę tłumy na trasie, ludzie przyjaźni, wracałem z mety do mieszkania w którym mieszkamy i każdy mnie zaczepiał, dosłownie każdy (gratulacje, pytanie czy wszystko jest ok), a to było tylko 100-200m, naprawdę robi wrażenie;
– mój start przeciętny (he…, he… jak zawsze), pewnie złożyło się na to sporo czynników, a pełny dystans, to pełny dystans, tu trzeba być gotowym na 100%, decydują detale. Zważywszy na to, że czwartek miałem jeszcze rasową sraczkę, bolące mięśnie, jechałem na lekach, a w piątek naprawdę blado to wszystko widziałem, lepiej wyglądałem niż się czułem i do ostatniej chwili nie wiedziałem, czy warto zaryzykować i wystartować, może być. Szkoda, że znowu czegoś zabrakło, no nic, pewnie będę próbował dalej i kiedyś trafię.
– dzięki wszystkim, którzy wspierają mnie w tym szaleństwie;

Wsparcie rodziny bezcenne.

 

FOTKI tzw. startowe, jak zwykle we wpisie IronMan w 15 zdjęciach, tym razem może to wyglądać inaczej.
[Uaktualnienie 16.09.2017]: Relacja w samych zdjęciach w nowym wpisie: tu.

Reklamy

Subskrybuj

Subscribe to our RSS feed and social profiles to receive updates.

9 Komentarzy w dniu “IRONMAN Wales 2017 – relacja”

  1. Asia Says:

    To teraz można trenować start rowerem pod górę ;D
    Twardziel, nie ma co…

    A na sr…kę to się zjada dzikie ilości węgla co chwilę (z resztą przy każdej infekcji wirusowej też – żeby węgiel zaabsorbował to ścierwo, trzeba zawsze mieć w domu zapas) i w chwilach „spokoju” enterol (ale konkretnie enterol) i będzie dobrze. Kilka razy krócej i lżej. Sprawdziłam.

    Odpowiedz

    • tom2soc Says:

      Polska „wynglem stoi”, więc i u mnie jest zawsze na stanie :), nawet przed startem na wszelki wypadek się nafaszerowałem. Objawy zostały szybko zwalczone (chyba), ale pewnie jakoś tam to pośrednio rzutowało na moja dyspozycję. Nieważne, to już historia.

      Odpowiedz

  2. Asia Says:

    Aaaaaaa 😀
    A czerwonego smoka to pokona tylko niewiasta 😀

    Odpowiedz

  3. maciej Says:

    piekna walka!!!!

    Odpowiedz

    • tom2soc Says:

      Taka epicka, pisałem na miejscu i rozluźniający izotonik był grany (czyli piwo), teraz żałuję, aż sam się dziwię, że nie napisałem coś o wypychaniu barana prochem i podsuwaniu smokowi. A na serio: dzięki, jeszcze nie myślę chłodno, ale myślę, że niezależnie od wyniku to był najciekawszy i najtrudniejszy IM w jakim startowałem.

      Odpowiedz

  4. willi Says:

    Ciężka ta trasa, dużo podjazdów a jak zjazdy to koniec z zakrętem, właśnie dziś przejechałem się w aplikacji na trenażerze. Widzę zbierasz starty na kona? Powodzenia

    Odpowiedz

    • tom2soc Says:

      Co do trasy to się spodziewałem, że będzie ciężka i techniczna, zabiły mnie warunki atmosferyczne, wiedziałem, że może być chłodno, deszczowo i zimno, a że trenuję w takich warunkach to myślałem, że już wszystko widziałem. No nie widziałem….zobaczyłem.
      Zbieram doświadczenia (dlatego dwa starty w roku), a je tylko można zebrać startując na długim dystansie, zresztą to mnie faktycznie kręci. Kona…umiem mierzyć zamiary, na możliwości i pewnie dlatego żyje mi się łatwiej. Może kiedyś… może normalnie z kwalifikacji, może z ilości startów…kto wie co będę robił za rok. Na razie dobrze się czuję startując w różnych fajnych miejscach (taka turystyka sportowa).

      Odpowiedz

Trackbacks/Pingbacks

  1. Beer Mile Szczęśliwice | Made in 1968 - 28 października 2017

    […] – nie mogło mnie tam nie być. Przeszkód było wiele, 6 tygodni nic nie robienia od ostatniego startu w Walli totalne wyzerowanie nie tylko fizyczne, ale i psychiczne, nadrabianie zaległości towarzyskich (no […]

  2. Garmin Iron Triathlon – Płock 1/4 IM 2018 | Made in 1968 - 20 Maj 2018

    […] niesamowitych wrażeń i o nich wspomnę: – strefa zmian T0 – coś takiego spotkałem na IM Walia, czyli ze względu na daleki dobieg do strefy zmian T1 (ok. 1,2km), przy jeziorze możliwość […]

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: