IRONMAN Frankfurt 2016 – relacja

4 lipca 2016

Starty, Triathlon

Jest tydzień przed startem, zdejmuje gips, lekarze zdecydowanie odradzają startu, szczęśliwie nie miałem złamania ale wybicie palucha o 90 stopni w stawie okazało się naprawdę poważne. Do tego kompletnie nie schodzi mi opuchlizna bo trenowałem bez basenu na maksimum (rower-trenażer, bieganie normalnie) i organizm nie nadążał z regeneracją. Trenowałem do końca i liczyłem, że się w trzy tygodnie wyleczę. Z ortezą czy szyną nie mogłem wystartować, dlatego trenowałem różne warianty z plastrami. Niby to tylko paluszek, ale wali w całą rękę, dysfunkcja spora, nie mogę dobrze trzymać kierownicy, łapać bidonów, wskakiwać na rower, brać bidonów z ramy, czy za siodła, w pływaniu każde urażenie to ogromy ból, więc kopnięcie czy naparzanie się z innymi nie wchodzi w grę. Przed trenuję wszystkie warianty, inny plaster do wody, zmiana opatrunku na rower i bieg, w każdej dyscyplinie wymaga innego zabezpieczenia, stosuje do tego tapy i plastry siatkarskie, to i tak półśrodek, bo palec powinien być usztywniony szyną. Mimo to decyduję się na start.

Moja grupa wsparcia i ja przed magiczną ciężarówą

Moja grupa wsparcia i ja przed magiczną ciężarówą

Przed startem:
Frankfurt – miasto świetnie skomunikowane, masę możliwości – my (tym razem moje wsparcie to synowie Karol i Kamil) wybraliśmy dojazd samochodem – w miarę spokojna jazda zajmuje nam ok. 10h z przystankami. Mieszkamy 1,5km od centrum Ironman’owego szaleństwa – czyli biura zawodów, Expo, mety itp. Dwa dni przed startem pozwalają mi na ogarnięcie wszystkich procedur, od zorientowania się w terenie, po szybką rejestrację, wrzucenie „gratów” do strefy zmian, jakieś przebieżki na rozruszanie itp. Ogólnie dużo mniejszy spięcie niż w debiucie w Kopenhadze, wiem, że zrobiłem wszystko co miałem zrobić – teraz tylko start. Szykuje się wyśmienita pogoda, coś oko. 20 stopni, jest spora szansa, że będzie pochmurnie i nie będzie padać.

W drodze do strefy zmian i na start

Droga do strefy zmian i na start

Dzień startu:
Pobudka o 3:50, trzeba wrzucić w siebie ok. 600-700 kcal. Dojazd to ok. 15 minut samochodem+15 minut na dojście z parkingu do miejsca startu, wychodzimy ok. 4:45, lubię wszystko spokojnie „ogarniać” (start o 6:40, a strefę T1 zamykają o 6:15). I dobrze, że wyszliśmy wcześniej, bo się okazało, że standardowa droga, która pokonywaliśmy dzień wcześniej już zamknięta i musieliśmy poszukać alternatywy (tu trochę jestem zawiedzony niemiecką solidnością, że nie było jakiś strzałek dojazdowych – chociaż może mówili o tym na odprawie). Dalej już wszystko przebiegło bardzo sprawnie, parkingowi poupychali tą ogromną masę samochodów, a my spacerkiem spokojnie dotarliśmy do strefy zmian i miejsca startowego. Chłopaki poszli na rekonesans terenu, a ja robiłem co należy przed starem („uzbroiłem” rower w żele i napoje, podpompowałem koła, sprawdziłem stan techniczny, posprawdzałem worek z rzeczami itp.). Jeszcze tylko lekka rozgrzewka, toaleta i zakładanie pianki (tu musiałem zostać ubrany).

Za chwilę ta masa ludzi "podgrzeje" trochę jeziorko

Za chwilę ta masa ludzi „podgrzeje” trochę jeziorko

Pływanie (3,8 km):
Woda 21,5 stopnia, więc pływanie w piankach (ufff…), nie miałem jakiś mega założeń, stanąłem w strefie na 1.00-1.10h i brałem każdy czas w ciemno w tych granicach, mając na uwadze, że od trzech tygodni nie pływam, nie mogłem na wiele liczyć. Do tego z racji wiadomej kontuzji nie za bardzo mogłem popłynąć agresywnie, czyli wdawać się w przepychanki, bijatyki nawet płynięcie komuś w nogach było mało rozsądne. Strat w systemie rolling to jednak spore ułatwienie, praktycznie sławetnej „pralki” nie ma. Jeziorko całkiem przyjemne, trasa ciekawa, praktycznie dwie proste z wychodzeniem z wody po 1500m i obieganiem boi (to dobre bo można sobie zerknąć na zegarek i skontrolować czas). Przed startem spotykam Pawła (on debiutuje, ale wygląda bardzo pewnie) i Arka – obaj są lepszymi pływakami. Pierwszy odcinek popłynąłem dość spokojnie i asekuracyjne, kilka drobnych stać trochę mnie ocuciło – nie ty razem – jak bijatyka, to ja od razu w bok. Na boi po 1,5 km mój czas to ok. 27 minut, więc kolejną prostą postanowiłem już lekko przyspieszyć, zwłaszcza, że zrobiło się jakoś wyraźniej luźniej. Bez szału w miarę dobrej kondycji z jeziora wyszedłem po czasie 1:08:02

Strefa zmian T1 (pływanie-rower)

Strefa zmian T1 (pływanie-rower)

Strefa zmian T1 (pływanie-rower):
Całkiem spory dobieg po lekkim nachyleniu i plażowym piachu. Ale tuż przed dywanami organizatorzy zadbali, aby przebiec dobie po miskach z wodą (świetny pomysł). Worek odnalazłem szybko i dotarłem do namiotu. No czasu to ja tu straciłem, ale cóż zdejmowanie pianki kłopotliwe (ubrali mnie synowie), dodatkowo zmiana opatrunku – tape do wody usztywniający dwa palec bardzo uciskał opuchliznę, przygotowany nowy plaster siatkarski miałem przyklejony do kasku, ale mokre ręce nie pomagały – cała operacja zajęła więcej niż trenowałem. Teraz tylko rower ze stojaka, wskoczyć i wpiąć się w buty – udało się, nie wywaliłem się. Swoją drogą strefa długa. Jedziemy. Czas zmiany: 0:06:11, strasznie długo, normalnie pewnie by poszło z dwie minuty szybciej.

Trzeba troszkę podgonić asekuracyjne pływanie, ale rower tez asekuracyjnie ...

Trzeba troszkę podgonić asekuracyjne pływanie, ale rower tez asekuracyjnie …

Rower (180,5 km):
Od jeziorka trzeba dotrzeć jakieś 13 km do centrum Frankfurtu i zaczynają się dwie równiutkie pętle. Zero wiatru o poranku (wystartowałem na rowerze gdzieś koło 8.00) powoduje, że jedzie się wyśmienicie, pierwsze kilometry spokojnie, aby złapać właściwy rytm, potem zaczynam swoja właściwą pracę wchodzę na założone moce. Tym razem o przygodzie zeszłorocznej z zablokowanym hamulcem, kontroluję również prędkość (jeśli mam zrealizować założenia na półmetku muszę być poniżej 2,5h). Pierwsze okrążenie idzie bardzo lekko, bardzo dużo wyprzedzam (miły akcent, bo po jakiś ok. 20 km wyprzedza mnie Arek, zawsze miło spotkać kompana, odpuszczam, wiem, że jest rowerowym kozakiem), równo jem i piję (chociaż nie za dużo bo jest chłodno). Palec – wytrzęsiony jak diabli, na studzienkach, o kostce nie wspomnę (sławetne „kocie łby” gdzie musiałem zwolnić bardzo, bo nie miałem kontroli nad rowerem, aż mi się płakać chciało, jak mnie inni wyprzedzali bo normalnie poszedłby tu na maksa) – bolało, bardzo bolało i spuchło jeszcze bardziej – ale wiedziałem, że tak będzie. Drugie okrążenie to wcale nie luźniej, dalej dochodzę innych zawodników, ale trochę byłem zirytowany, bo jednak sporo grupek (sam nie wiem czy to wynika z tłoku i ilości zawodników, czy faktycznie z chęci oszukiwania). Ciężko, bo ciężko, ale jednak udawało mi się przebijać dalej, zwłaszcza, że mnie interesował mój wynik i musiałem zachować odpowiednie tempo. Od 120km pojawiło się pierwsze zmęczenie, zwłaszcza, że i wiatry się „obudziły” i trzeba było się z nimi trochę poszarpać. Generalnie to 5h nudnego kręcenia, ale na pewno zapamiętam z etapu rowerowego kilka rzeczy: – miasteczko z kostką bukową (2 razy na pętli) – tu najbardziej cierpiałem i widziałem sporo pogubionych bidonów, nawet gościowi przede mną na zjeździe wypadł fabryczny bidon ze Scotta Plasmy – mój osprzęt X-Lab’a sprawdził się jak należy; – podjazd „Powerba” – tu faktycznie można poczuć się jak na podjazdach TdF, jedzie się w szpalerze krzyczących ludzi, czuje się ich na plecach, nawet ktoś mnie poklepał po plecach – fajne uczucie; Pod koniec (ostatnie 5km) zaczął padać deszcz. Trasę rowerową przejechałem w czasie 4:57:21 co daje średnią 36,4 km/h.

Początek pierwszego okrążenia (w lewo) i koniec drugiego (w prawo)

Początek pierwszego okrążenia (w lewo) i koniec drugiego (w prawo)

Strefa zmian T2 (rower-bieg):
Szybki zeskok z roweru (tego się nie zapomina), rower zabiera wolontariusz (na marginesie robili to genialnie i musiało być ich naprawdę dużo), szybko odszukałem swój worek z rzeczami biegowymi, do namiotu i znowu czas się przebierać. Znowu zmiana opatrunku, bo ten po rowerze wyglądał masakrycznie, deszcz go dobił. Znowu więcej tracę czasu, ale muszę też zadbać o ten element. W strefie jestem 0:03:34.

W tym momencie jeszcze czułem się bardzo dobrze

W tym momencie jeszcze czułem się bardzo dobrze

Bieganie (maraton 42,195 km):
Deszcz pada dalej, momentami coraz mocniej, momentami lżej. Moje założenie to biec po 4’45”/km, na niektórych punktach żywieniowych przechodzić do marszu (zmiana rytmu dobrze zrobi nogom), wiem że do 25km jestem w stanie to zrobić, bo trenowane wcześniej „zakładki” pokazywał, że da radę. Po 25km będę się martwić, będę próbował jak najmniej tracić. Mam przed sobą 4 okrążenia po ok. 10,5km na świetnej trasie, nad Menem po asfaltowych bulwarach z gigantyczną ilością kibiców, świetnie zorganizowanymi punktami żywieniowymi co 2km. Pierwsze okrążenie idzie super, Karol i Kamil na posterunku (kibicowanie najbliższych na miejscu daje największego kopa), nogi nie bolą, tempo w granicach 4’40/km i jest naprawdę lekko, mogę szybciej, ale się hamuję, wiem że to złudne i mam jeszcze przed sobą prawie 3h biegu. Drugie okrążenie to zmiana pogody, przestaje padać, ale nie robi się jakoś znacząco cieplej, do tego położenie trasy przy rzece powoduje, że wiatr działa jak wentylator (chłodzi). Dalej biegnie mi się wyśmienicie, podczepiam się pod jakąś zawodniczkę z Finlandii i w towarzystwie idzie nam całkiem nieźle. Co jakiś czas jem żela (moje żele zabrane ze strefy zmian) i popijam wodą lub Powerbarem z punktu. Nie ma zmęczenia w nogach, tempo dalej wydaje się komfortowe (nawet przechodząc przez niektóre punkty żywieniowe ogólnie spada do 4’43”/km). I pojawia się 19km – zaczynam mieć problemy, nie kondycyjne – żołądkowe, w brzuchu „bulgocze” – muszę skorzystać koniecznie z toalety (klops-bo kolejki i nie chcę tracić czasu, więc przeciągam ile się da aby trafić na kolejnym punkcie na jakąś wolną). Jest, ale jestem już w bardzo złym stanie – przerwa zajmuje mi ze 2 minuty, ale jest niedobrze – rozwolnienie. Dobra – nie ma tragedii – sprawa załatwiona (tak było tez w Kopenhadze), biegniemy dalej, siły są. Tempo ogólnie spadło do 4’51”/km – da radę coś podgonić. Rozpocząłem trzecią pętle, synowie zachęcają do walki, pstrykają jakieś foty, coś tam pogadaliśmy. Upsss…. Chyba nie da rady podgonić, brzuch bulgocze, żołądkowi coś się nie podoba. Napiłem się na punkcie IZO (muszę coś pić i jeść bo droga jeszcze daleka i zrobiło się troszkę cieplej) i klops – musze znowu skorzystać z toalety. Przydał by się korek do tyłka, bo wygląda na to, że wszystko co jem i piję, muszę zwrócić i to od razu. Mega dyskomfort. Mam wrażenie, że więcej zaglądam do WC, niż biegnę, do togo boję się cokolwiek jeść i pić, a przecież muszę coś jeść i pić. Testuję różne warianty (banany, paluszki, ciasto) – jest gorzej. Z żołądkiem się nie dogaduję, ale się nie podaję. Tak rozpoczynam ostatnie okrążenie (niby już niedaleko), w zasadzie nic się nie zmienia, poza tym, że postanawiam mało jeść i nic nie pić, pomaga tylko połowicznie. Po 34km czuję już zmęczenie, trochę większe w nogach. Dobiegłem – w końcu tempo spadło do 5’09”/km, czas biegu 3:37:16. Poległem na bieganiu, bo żywienie to też element biegania. Pominąłem masę szczegółów po 20km, bo są zbyt osobiste i niesmaczne.

Niektórzy już cierpią, niektórzy dobrze się bawią - i o to chodzi w tym sporcie.

Niektórzy już cierpią, niektórzy dobrze się bawią – i o to chodzi w tym sporcie.

META:
Świetnie usytuowana – zbiega się z ostatniej pętli (wcześniej trzeba uzbierać te pieprzone 4 frotki na rękę) i wąskim korytarzem wyłożonym dywanami w logach IM, przy wiwatujących tłumach nakręcanych przez genialnego spikera słyszy się swoje imię i nazwisko i magiczne słowa „YOU ARE AN IRONMAN”, „łamię” magiczne 10 GODZIN– mój czas to 9:52:22. Takie 10 sekund chwały, za 10 godzin przygody, zabawy i cierpienia.
Frank_meta

Mój wynik: 9 godzin 52 minuty 22 sekundy

Miejsce: 366 na 3171 startujących
Miejsce w kat M45-49: 43 na 568 w kategorii

Pływanie (3,8 km) – 01:08:02
Strefa zmian T1 (pływanie-rower) – 00:06:11
Rower (180,5 km) – 04:57:21
Strefa zmian T2 (rower-bieganie) – 00:03:34
Bieganie (42,2 km) – 03:37:16

Najładniejszy medal jaki w życiu dostałem, ale nowość (frotki męki)

Najładniejszy medal jaki w życiu dostałem, ale nowość (frotki męki)

Wrażenia po:
– Frankfurt to świetne miejsce do zrobienia IM, genialna organizacja, bardzo dobre trasy, mega kibice, do tego jak się jedzie z rodziną to jest tu naprawdę co robić – jak jeszcze trafi się dobra pogoda tak jak mi to mogą to być „zawody życia”;
– mój wynik – mogło być lepiej, nie mogło być gorzej – trzeba sobie jasno powiedzieć, że przy takiej pracy treningowej, która wykonuję bardzo trudno oczekiwać czegoś gorszego; było jedno ale – niewyleczony uraz – ale to marna wymówka; trzeba też dodać – „szału nie ma” – zająłem tylko 43 miejsce w swojej kategorii wiekowej, ku…..a kosmici – dużo pracy przed mną;
– uraz – kiedy siedziałem trzy tygodnie temu w szpitalu myślałem, że wszystko stracone, ale muszę chyba być pier…..ty, bo jak dziś pamiętam najważniejsze pytania powtarzane wielokrotnie: „Panie doktorze da się z tym trenować ?” – już dwa dni później siedziałem 5h na trenażerze i 1h biegałem w gipsie na ręku. Mimo, że nie byłem pewny czy się da wystartować powalczyłem i się opłacało. Słyszałem opinie, że z urazem da się wystartować, że niektórzy nawet robili życiowe wyniki, że adrenalina trzyma i się nie czuje – potwierdzam, ale tylko część – da się, ale jest to 10h cierpienia i bólu, nawet przy takim drobiazgu jak paluszek;
– wsparcie – rodziny, koleżanek i kolegów – wiem, że masę osób trzymało za mnie kciuki, w tych trudnych chwilach dodawało mi to otuchy i podtrzymywało na duchu – DZIĘKUJE !!!
– trener (i spółka) – odpocznę, zaleczę rany i jeszcze postartujemy w drugiej części, więc większe podziękowania będą po sezonie (małe były telefonicznie);

Upragniona meta

Upragniona meta

Reklamy

Subskrybuj

Subscribe to our RSS feed and social profiles to receive updates.

12 Komentarzy w dniu “IRONMAN Frankfurt 2016 – relacja”

  1. mkon Says:

    Brawo Tomek!

    Odpowiedz

  2. Kamil Says:

    Cyborg, to mało powiedziane.

    Odpowiedz

  3. Zbyszek Says:

    Tomek jeszcze raz gratuluję!

    PS Przy okazji świetny tekst. Czytając czułem się, jakbym sam startował.

    Odpowiedz

    • tom2soc Says:

      Dzięki. Jeśli chodzi o tekst, to jest tak jak w chińskim przysłowiu: „Jeśli chcesz wiedzieć jak smakuje woda, musisz się napić jej sam. Żaden opis nie odda jej smaku” :), wiec …

      Odpowiedz

  4. willi Says:

    Gratulacje, pozdrawiam mojego idola i dziękuję za dużą dawkę motywacji. PS jak napiszesz książkę gips będzie dobrym tematem na rozdział.

    Odpowiedz

    • tom2soc Says:

      Dzięki Willi, idol … miłe, dziękuję. Cieszę się, że wpisy jeszcze motywuję, po to je jeszcze robię, chociaż przyznam się szczerze ten poszedł wyjątkowo łatwo, 2-3h w drodze powrotnej z Frankfurtu.
      PS. Obiecuję, że jeszcze w tym roku będzie sporo emocji i czytania. 🙂

      Odpowiedz

Trackbacks/Pingbacks

  1. Herbalife 70.3 IM Gdynia – koniec pierwszej części sezonu | Made in 1968 - 8 sierpnia 2016

    […] po otwarciu zapisów (grudzień 2015) i wiedziałem, że będę pięć tygodni po starcie głównym IM Frankfurt. Bardzo chciałem pojechać do Gdyni, nigdy wcześniej tu nie startowałem, chciałem sam się […]

  2. IM Mallorca 2016 – „danie główne” w drugiej części sezonu | Made in 1968 - 11 sierpnia 2016

    […] ktoś czytał relację z mojego startu głównego to wie, że nie wszystko poszło jak należy. To pokazuje, że można sporo trenować, a starty i […]

  3. Przygotowania … | Made in 1968 - 7 września 2016

    […] główce – będzie zapi…ol. A skąd to wiem ? Bo za 2,5 tygodnia to będzie mój trzeci start i dwa razy już przeżyłem ten kierat treningowy. W sumie to trenuję solidnie, aby mniej zabolało w […]

  4. Podsumowanie sezonu 2016 | Made in 1968 - 5 października 2016

    […] 300 – IRONMAN 70.3 St.Polten – 4:39:37 – M45-11 – 5150 Warsaw Triathlon – kontuzja – IRONMAN Frankfurt 2016 – 9:52:22 – M45 – 43 – IRONMAN 70.3 Gdynia – 4:55:51 – M45-13 – IRONMAN Mallorca 2016 […]

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: