35 Maraton Warszawski – relacja

29 września 2013

Biegowe, Starty

Dzisiejsza relacja, idąc z duchem czasu będzie czymś zupełnie innym niż te poprzednie, koniec z tak dużą szczegółowością każdego kilometra, bo dzisiejsi czytelnicy nie są w stanie tyle znieść, zwłaszcza opisów gościa, który robi przeciętne wyniki, więc czym tu się podniecać.

Dzień przed 35 Maratonem Warszawskim

Dzień przed 35 Maratonem Warszawskim

W warszawskich maratonach nie miałem wcześniej jakiegoś dużego szczęścia. Dziś miały mi w tym pomóc rewelacyjne warunki pogodowe, a całkiem fajna trasa też nie przeszkadzała. Dodatkowo w tym roku w startach triathlonowych nauczyłem się dyscypliny i realizacji planów.

Jak było ? Dobrze, poniżej szczegóły:

– podpiąłem się pod grupę na 3:20 (były trzy grupy), zająć – Andrzej (raczej Pan Andrzej, zresztą super gość), miał prowadzić w równym tempie 4’44”, ale jak to w maratonie – wychodziło różnie, tempo raczej rwane, początek szybszy, potem trochę wolniej (tak sinusoidalnie) – można powiedzieć, że biegłem w okolicy balonika z napisem 3:20, raz przed nim, raz za nim, miejscami nawet gdzieś z +/- 50 m różnicy – miało to jedynie wpływ psychologiczny, ale generalnie całkiem poprawnie (na początku grupa była spora, z każdym kilometrem topniała);
– do połowy dystansu (21,1 km) nuda, panie…, nuda – jak niemowlak, tylko zamiast spać…, to biec, jeść, pić…, biec, jeść, pić ….(tak, tak….wiem, że brakuje załatwiania potrzeb fizjologicznych – BO ICH NIE BYŁO);
– w Wilanowie (nawrotka przy Świątyni Opatrzności) doczepiłem się już do naszej małej grupy, chroniła mnie przed wiatrem (bardzo lekki, ale zawsze) i pomogła psychicznie zdobyć podbieg na Arbuzowej (oczywiście grupa zmniejszyła się po podbiegu znacznie, a podbieg nie taki straszny jak go malują);
– powrót z Ursynowa, to już zgodnie z „rozkazami” mojego trenera Marcina, koniec zabawy (miało być od 25 km, ale był podbieg, wiec wolałem się jeszcze przewieźć z grupą), od 30 km, zacząłem delikatnie od grupy odjeżdżać (niestety mniej ludzi i samotna walka pod mimo wszystko delikatny wiatr);
– od tego momentu zacząłem odczuwać nogi, w zasadzie uda, im dalej tym bardziej masakryczny ból – w sumie może i lepiej, bo od 10 km biegłem z myślą, gdzie by się tu wysikać ( A JEDNAK !!!), a tak przynajmniej zapomniałem;
– praktycznie ostanie 4-5 km biegłem w stałym tempie, ale szybciej, jeszcze na 2km przed metą zerwałem się „na oparach” – nogi bolały jak diabli, ale chyba zaczynam nad tym panować – głowa każe biec dalej, to biegnę;
– ostatni kilometr super, masa ludzi, wbieganie na stadion w jakże innym nastroju niż zawsze, wiedziałem, że pobiję nie tylko zyciówkę, ale zrealizuję plan 3:20 – a nawet lepiej panie „rezyseze” – aż niosło;

Chciałem pobiec 3:20 i pobiegłem, wynik 3:18:39 netto. To mnie zadawala, ba jestem szczęśliwy, pewnie każda życiówka byłaby dobra, ale najbardziej mnie cieszy to, że przyjąłem pewne założenia i zrealizowałem je z premedytacją (zresztą w tym roku sporo mam takich startów). Nie tylko warunki, ale pewnie to, że się nie obijam na treningach też miało jakiś wpływ. Zmartwiłem się, że mnie tak bolały uda (nie łydki, nie stopy), chyba będę musiał poćwiczyć ostro podbiegi. Faktycznie, aby uzyskać taki stan zadowolenia jak ja w maratonie, trzeba przez 30-32 km nudnie biec, nudnie biec, nudnie …., a na ostatnich 10 km kilometrach trzeba się nauczyć cierpieć. I już.

Do mety jakieś 800 m, już niesie ...

Do mety jakieś 800 m, już niesie …

 

META
(statystyki 42,195k/ jakieś 8500 startujących):
Czas brutto: : 3:19:26
Czas netto: 3:18:39 (poprawiłem rekord życiowy o 0:09:52)
Miejsce w kategorii OPEN: 614
Miejsce w kategorii wiekowej M40:  151

Numer, jak numer, ale medal ciekawy

Numer, jak numer, ale medal ciekawy

 

Kilka słów na zakończenie:
– dzięki za wsparcie bratu (biedak kontuzjowany nie mógł pobiec to się przejechał na rowerze, ale za to cały czas miałem go pod ręką), jak zwykle rodzicom (fajnie że mieszkają kilometr od startu, dzięki temu cieplutki pobiegłem na trasę /pełny serwis, łącznie z kibicowanie/), synom (a jednak udało im się odspawać od kompów, ups… sorry – najpierw się trzeba obudzić, potem dotrzeć SKM na stadion – wprawdzie ich nie widziałem, bo przed stadionem to ja już miałem „pomroczność jasną” ale doceniam  – z własnej woli  ? /zdziwienie/);
– dzięki – Marcinowi, który mimo mojemu szaleństwu w tym roku triathlonie, doprowadził mnie w ciągu miesiąca do stanu „używalności”, forma utrzymana, a nawet dziś poszła w górę i o to chodzi (przypominam w planach nie maiło być maratonu);
– gratulują wszystkim kolegom (szczególnie tym z klubu WTT i tym pracy) – piękne debiuty, piękne czasy;
– teraz wakacje…. jakieś parę dni, może biegowo będzie mnie gdzieś spotkać, ale już biorę się do roboty na przyszły sezon, bo poprzeczka poszła troszeczkę do góry;

Tegoroczna koszulka pewnie będzie HITEM (dla niewtajemniczonych - na piersi mój czas)

Tegoroczna koszulka pewnie będzie HITEM (dla niewtajemniczonych – na piersi mój czas)

 

Reklamy

Subskrybuj

Subscribe to our RSS feed and social profiles to receive updates.

3 Komentarze w dniu “35 Maraton Warszawski – relacja”

  1. Siwir Says:

    Tomek gratuluję życiówki.!!! Goniłem Ciebie ale ITBS niestety…

    Odpowiedz

  2. Siwir Says:

    A i zapomniałem dodać, że jak zawsze fajna relacja 🙂 ni i byłem kilka minut za Tobą

    Odpowiedz

    • tom2soc Says:

      Dzięki. Wiem, wiem, że mnie goniłeś, widziałem wyniki. Fajny ten twój start, debiut marzenie.
      PS. Pozdrów żonke i podziękuj za kibicowanie, wychwyciła mnie gdzieś koło Panoramy.

      Odpowiedz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: