V Habdzinman Triathlon (700m/ 21,2km/ 7,6km) – relacja

11 sierpnia 2013

Starty, Triathlon

Warszawa – duże miasto, pasjonatów triathlonu masa, ale jeśli chodzi o imprezy triathlonowe to biała plama na mapie. Czyżby ? Jest perełka, zawody które zasadniczo się różnią od wszystkich, bo i dystans jakiś „kozacki” – 700 m pływania, 20,1 km roweru i 7,6 km biegania.  Jest taka miejscowość koło Konstancina Jeziornej – HABDZIN. I jest taki człowiek, który to wszystko ciągnie i nakręca już piąty raz – Piotrek Szrajner. Szczerze mówiąc to ja w tej branży jestem prawie totalnym żółtodziobem, mimo, że już staruję od roku, to jeszcze cały czas poznaję środowisko i ludzi, którzy z pasją i entuzjazmem działają od lat. Teraz kiedy i bieganie, i triathlon jest na fali popularności i mody jest inaczej, ale ta impreza to już pięta edycja.

Strefa oczekująca na zawodników

Strefa oczekująca na zawodników

Przed startem:
– tydzień po dość mocnym starcie w ½ IM w Poznaniu nie byłem jeszcze w pełnej dyspozycji, dlatego ten start potraktowałem jako rozruch; niestety nie wracałem za szybko do pełnej dyspozycji, ale nie mogłem sobie odpuścić takiej okazji;
– cały tydzień upały i… nagłe załamanie pogody, niby dobrze bo chłodniej – znaczy lepiej (czyli 20 stopni), ale deszczowo, burzowo – no to już nie pomaga;
– docieram do Habdzina na półtorej godziny przed startem, z czasem przybywa zawodników i osób im towarzyszących, pojawiają się znajome mi twarze, są koledzy i koleżanki z WTT, ale również sporo osób które kojarzę „z twarzy”;
– tu wszystko jest inne, takie „domowe”, strefa zmian niesamowita, jeziorko miniaturka tych po których pływałem, biuro zawodów niesamowite (podpisywałem zgodę w pełnym deszczu, nie wiem czy coś zostało z tej kartki), ale wszędzie widać dbałość organizatora wraz z pomagającymi mu osobami;
– niesamowita odprawa – tuż przed wejściem do wody Piotr tłumaczy spokojnie, rzeczowo – wszystko jasne, zwłaszcza, że to mój pierwszy raz tutaj, nie objeżdżałem wcześniej taras;

START:
Pływanie (700m) –  wchodzimy do wody, te ponad 60 osób nie wydaje się za dużo, ale jeziorko też niewielkie więc na pewno nie obędzie się bez „pralki”. Start po odliczaniu do dziesięciu z linii pomostu, ogromne dwie boje na których będą nawroty widoczne idealnie. Do pierwszej boi było trochę „obijania” się z innymi zawodnikami, szybki nawrót, i potem to już naprawdę luzik. Płynąłem sobie w swoim równy i spokojnym tempie, nie za szybkim, ale również nie za wolnym. Drugie okrążenie bardzo komfortowe, po dopłynięciu do pomostu wyjście na brzeg, dość stromo, ale panowie wyciągnęli mnie i wystrzelili jak z procy. Popłynąłem w czasie: 0:10:42.

Początek i dopływanie do pierwszej boi

Początek i dopływanie do pierwszej boi

Zmiana T1 – z jeziora droga do mojego stanowiska to kilkadziesiąt metrów, nie szalałem, poszło standardowo, czyli nie za szybko, ale wszystko zgodnie z procedurą.

Rower (21,2 km) – skoro dystans nie za duży, to pomyślałem sobie, że jak pokręcę ze stałą mocą na poziomie 250W to nic się nie stanie. Po wpięciu się w buty, co dalej mi sprawia jeszcze trochę problemów, zacząłem się spokojnie rozkręcać. Niestety akurat na rowerze zaczął padać deszcz i to dość ostro. Tak na pierwszych 5 km jeszcze były drobne przetasowania, to znaczy ktoś mnie wyprzedzi i jak kogoś, przy czym były to ilości śladowe. Spokojnie w wielkiej ulewie dotarłem do Konstancina Jeziornej. Droga powrotna już znacznie lepsza, bo warunki atmosferyczne zmieniły się na plus, deszcz przestał padać, nawet nieśmiało zaczęło wychodzić słoneczko. Moje równe tempo pozwoliło mi się zbliżyć i wyprzedzić jeszcze dwóch zawodników. Zachowałem standard z normalnych startów, czyli: nawadnianie się cały czas izotonikiem i na 2-3 km odpuszczenie, czyli moc o 10-20W w dół, kadencja 10 w górę. Trasę rowerową przejechałem w czasie: 0:33:26, z wyliczeń zawodników na nawrocie wyszło mi, że byłem na 8 miejscu.

W "magicznej" strefie zmian po rowerze

W „magicznej” strefie zmian po rowerze

Zmiana T2 – miałem kłopot z odwieszeniem roweru, musiałem sobie podciągnąć belę blokującą koło, ale to nic. Reszta jak automat: rower na płot, kask na ziemię, numer na przód, skarpety i buty (tym razem suche bo owinąłem je w worki na śmieci). Rach-ciach i jestem już na trasie biegowej.

I z dużą ochotą na bieganie (tylko 7,6 km)

I z dużą ochotą na bieganie (tylko 7,6 km)

Bieganie (7,6 km) – w bieganiu, jak i w poprzednich dyscyplinach chciałem utrzymać równe tempo, a i jeszcze jedno, chciałem się dać wyprzedzić jak najmniejszej liczbie zawodników (wiedziałem, że jest tu sporo bardzo dobrych biegaczy). Na pierwszym kilometrze spadłem ze dwa miejsca, ale potem szło już całkiem dobrze, ci przede mną nie znikali jakoś, a i mi udawało się przesunąć parę miejsc. Praktycznie cały dystans zrobiłem w równym tempie, na ostatnich 1,5 km doszedłem jeszcze jedną osobę i pomyślałem sobie, ze warto powalczyć. Nie było lekko, bo jednak nogi po Poznaniu jeszcze nie wypoczęte i trochę je odczuwałem, ale nie mogłem się powstrzymać. Czas biegu: 0:32:31. Ostatecznie uzyskałem czas 1:19:11 i przyzwoite 7 miejsce.

 

To ostatnie metry, można się uśmiechnąć

To ostatnie metry, można się uśmiechnąć

META (statystyki/ ok. 65 startujących):
Czas: 1h 19min 11 sek. (7 miejsce)

Pływanie (700m): 0:10:42 (ok. 10-15 miejsce w tej konkurencji)
T1 (pierwsza zmiana): 0:01:13
Rower (21,2 km): 0:33:26 (ok. 8 miejsce w tej konkurencji)
T2 (druga zmiana): 0:01:09
Bieg (7,6 km):  0:32:31 (ok. 8-12 miejsce w tej konkurencji)

 

Numer nie do zdarcia i medal

Numer nie do zdarcia i medal

 

Podsumowanie:
– nie będę pisał o moim wyniku, bo on nie ma znaczenia w kontekście niesamowitej imprezy w jakiej mogłem uczestniczyć;
– niesamowite jest to, że są jeszcze ludzie, którym się chce i to z takim sukcesem organizować takie imprezy, szczerze podziwiam działania Piotra;
– super spotkać sporo osób, którym sprawia przyjemność i bawią się w triathlon;
– mimo, że nie było odprawy dzień wcześniej, zamknięcia tras, opisu wszystkiego w szczegółach, folderu, koszulki, wypasionego pakietu startowego z furą ulotek, dupereli i jeszcze czegoś tam, był niesamowity klimat, zero drafitngu, a po – najlepszy piknik, super makaron, i wszystkiego full, a dekoracja ideał, każdy wyczytany z imienia i nazwiska, i magiczny dżemik (Iron dżem) dla każdego;

UWAGA !!!
Wyniki nieoficjalne z mojego zegarka, oficjalne jeszcze się opracowują. Zdjęcia dzięki uprzejmości Pawła Zapałowskiego.

 

Reklamy

Subskrybuj

Subscribe to our RSS feed and social profiles to receive updates.

Brak komentarzy.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: