23 Bieg Powstania Warszawskiego (10km) – relacja

31 lipca 2013

Biegowe, Starty

Przed startem:
– zacząłem dość ostrożnie podchodzić do imprez w których startuje tak dużo ludzi, ostudziłem się już czekając na odbiór numeru pół godziny – zawsze początek to kiepski rytm i przebijanie się za tłum (na starcie staję rozsądnie, ale i to nie pomaga);
– został niecały tydzień do docelowego startu w ½ IM w Poznaniu i w ostatnim czasie realizuję dość mocno objętościowy trening (tak pod 14 h/tydz.) i w tym dniu mocne rozpływanie o poranku, dlatego sam start miał być potraktowany jako element treningu (mocno, ale bez szaleństw);
– pogoda – no co tu pisać, cały dzień upał, temperatura do 34 stopni, parno, duszno, nawet przed tą dwudziestą pierwszą nie było miło, tyle, że ja się już przyzwyczaiłem do takich warunków, nie ma tego co się lubi …
– trasa – ta sama jak co roku, trochę kostki i nierówności, „uczciwy” zbieg na ślimaku po Karowej, po nierównej kostce, raczej mała przyjemność i „ściana płaczu” z któregoś półmaratonu, czyli podbieg na ulicy Sanguszki (niby nie tak stromo, ale boli) – w dwóch słowach – nie idealnie lub bywało lepiej;
– przed startem trochę bardziej oficjalnie, jak zwykle przedstawianie bohaterów powstania (niestety każdego roku coraz mniej), hymn – to faktycznie wyróżnia ten bieg wśród innych;

Początek piątego kilometra i zaczyna się podbieg, ale jak widacz czuję się całkiem dobrze

Początek piątego kilometra i zaczyna się podbieg, ale jak widacz czuję się całkiem dobrze

START:
Pierwsze okrążenie (0-5 km) – mam zamiar biec na tzw. „samopoczucie”, czyli jak wyjdzie się okaże, bez żadnego konkretnego celu. 150m od linii startu, to jednak daleko, bo pierwszy kilometr strasznie tłoczno, na szczęście ludzie  mają jeszcze zapał i biegną w miarę szybko, ale i tak musze bardzo dużo wyprzedzać wężykiem, a co za tym idzie nadkładać trochę drogi. Biegnie mi się niesamowicie lekko, pierwszy kilometr to tempo 4’00”, potem kiedy jest już minimalnie luźniej coś koło 3’48”-3’50”. Dopiero podbieg na ulicę Sanguszki trochę ostudził moje aspiracje, musze przyznać, że chciałem jak najmniej stracić i zmasakrowałem się potwornie, na szczęście na końcu była nagroda w postaci kubka z wodą. Trzy łyki i już wybiegam na kolejne okrążenie.

A tu już troszkę dalej i troche dyskomfortu

A tu już troszkę dalej i troche dyskomfortu

Drugie okrążenie (5-10 km) – podbieg odczułem bardzo, ale nie straciłem tak dużo, jeszcze kolejny kilometr dochodziłem do siebie, uspokoiłem oddech, podczepiłem się pod kogoś, aby było lżej psychicznie. Praktycznie o dobrym czasie zapomniałem, zresztą mało zerkałem na zegarek. Ale ostatnio (to również testowałem w Mikołajkach) sprawdzam ile może wytrzymać mój organizm i trenuję tzw. nieodpuszczanie końcówek (bardziej siłę woli i charakter niż siłę mięśni, chociaż pewnie i ją też jakąś mam). Dlatego postanowiłem nie odpuszczać do końca i wycisnąć z siebie ile się da. Tak koło 8 km jednak zerknąłem na zegarek i zauważyłem, że nawet przy odrobinie szczęścia jestem w stanie pobić swój rekord życiowy (0:40:28), o trochę ale zawsze coś. Na Wisłostradzie pędziłem już naprawdę szybko jak na mnie (czyli utrzymywałem tempo 3’50”-3’55”) i został tylko ostatni kilometr na sprawdzenie co jestem wart, czyli podbieg. Było dość ciężko, ale kręciłem nogami ile się da, oddech był naprawdę ciężki, zostało już tylko 200-300 m do mety, już płasko (no może prawie płasko). Praktycznie nie mam już siły, naprawdę mam już odcięcia tlenu, ale ile mogę staram się nie zwalniać. Na zegarze przy mecie widzę czas 0:40:19, mijam matę, zatrzymuję stoper w moim Grminie – na nim widnieje czas 0:39:59, i niesamowita radość, ale… również niepokój. Bo „życiowka” jest na 100%, ale czy oficjalny czas będzie z trójką z przodu czy z czwórką, przecież mogłem tą sekundę wcześniej lub później nacisnąć przycisk stop/start. Ci co biegają zrozumieją jak ważna jest ta cyferka.

I finisz, trochę bolało

I finisz, trochę bolało

Dotarłem do domu, pierwsze co zrobiłem to sprawdzenie wyników na stronie obsługującej imprezę, a tam widnieje czas 0:39:58, jestem ostatni który złamał barierę 40 minut, na pozycji 100 w klasyfikacji ogólnej i 14 w swojej kategorii wiekowej. Niesamowita radość, zwłaszcza, że przyszło to tak niespodziewanie.

META
(statystyki 10k/6205 startujących z czego na 10km 4055, reszta biegła na 5km):
Czas netto: 0:39:58 (NOWY REKORD ŻYCIOWY NA 10k – poprzedni 0:40:28, czyli popraw o 30″)
Miejsce w kategorii OPEN: 100 (dwa lata temu 266)
Miejsce w kategorii wiekowej M40: 14 (dwa lata temu 34)

Kolejny medal i numer do kolekcji

Kolejny medal i numer do kolekcji

 

Po starcie:
– każdy biegacz wie, że 40 minut na 10 km, to już coś, nie ma się co kokietować – jednym przychodzi to łatwiej innym trudniej, jednym szybciej, inni muszą trochę więcej potrenować. I mi w końcu udało się tą granicę złamać, wg Skarżyńskiego można powiedzieć, że zrobiłem w końcu biegową maturę;
– wynik, wynikiem, z niego się cieszę bardzo, ale najbardziej cieszę się z tego, że udało mi się zmienić postawę w tzw. końcówce – nie ma odpuszczania, pomimo, że prawie zdycham to walczę; w końcu odkryłem, że bieganie to nie tylko siła mięśni, ale i głowa – to, że organizm mówi, że nie może, to nie należy się tym przejmować – „łże jak pies” – może, oj naprawdę może; do niedawna wydawało mi się że moje HR max to 174ud/min., a w tym biegu w końcówce miałem 177 ud/min. – ciekawostka;

Reklamy

Subskrybuj

Subscribe to our RSS feed and social profiles to receive updates.

Brak komentarzy.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: