Triathlon Susz 2013 (dystans długi 1,9km/90km/21,1km) – pełna relacja

23 czerwca 2013

Starty, Triathlon

Susz – tu w zeszłym roku debiutowałem w triathlonie i złapałem bakcyla. Wtedy bolało jak diabli, było piekielnie gorąco, umierałem i podnosiłem się kilka razy, zresztą można sobie przeczytać moją zeszłoroczną relację Susz 2012.

W tym roku będzie inaczej, wracam tu wzmocniony solidnie przepracowanym okresem treningowym. Z naszej kwatery noclegowej w Iławie, jak zwykle odpowiednio wcześniej docieramy do Susza wraz z moją ekipą wspierającą (żona i syn). To już mój kolejny start, więc cała inżynieria jest łatwiejsza, przygotowanie wszystkich rzeczy i wrzucenie ich do strefy zmian idzie szybko. Pozostaje tylko oczekiwanie na start. Robię lekką rozgrzewkę i przechodzę na plażę, ale do samego startu staram się nie zakładać pianki, mimo, że rano jest już bardzo ciepło (dzień będzie bardzo gorący).

Pierwszy nawrót. Zostałem tu sponiewierany, ale i sam nie byłem dłużny

Pierwszy nawrót. Zostałem tu sponiewierany, ale i sam nie byłem dłużny

Pływanie
Start tym razem nie z brzegu (tak jak było w Sierakowie), a z wody. Na sygnał wszyscy powoli przepływają na umowną linię startu i wspólnie oczekujemy na syrenę. Poszło – „ogień” wszyscy rzucili się żwawo do przodu. Jestem gdzieś w środku stawki, spokojnie (to pojęcie względne) płynę z wszystkimi – kierunek pierwsza boja widoczna całkiem nieźle gdzieś 400-500 m na wprost. Jest tłoczno, nawet powiedziałbym bardzo tłoczno, a im bliżej boi tym gorzej. Cały tłum ludzi rozrzucony na linii startowej, skupia się w tej chwili, aby zrobić pierwszy nawrót i jest ostro: jestem łapany za nogi, wciągany pod wodę, muszę zwolnić bo nie mogę się przebić, to przepływam po kimś, to ktoś przepływa po mnie, przyjąłem kilka o ile nie kilkanaście kopnięć w tym na twarz (dobrze, że okulary miałem pod czepkiem, bo na bank by zostały zrzucone). Nawet przez myśl mi nie przeszło, aby odpuścić, cały czas płynąłem kraulem lub czymś co przypominała kraula i elementy walki wręcz. To mnie trochę zmobilizowało, zacząłem przebijać się do przodu i płynąć lekko szybciej. Zrobiło się luźniej (znaczy się nie byłem obijany cały czas, a sporadycznie). Tym razem miałem trochę problem z nawigacją, nie widziałem boi nawrotowych od razu, ale na szczęście zawsze ktoś płynął przede mną. Od połowy zrobiło się już całkiem przyjemnie, uspokoiłem organizm i spokojnie do końca dopłynąłem sobie w równym, rozsądnym tempie, bez szaleństw mając na uwadze, że to pierwszy etap. Z wody wyszedłem po 34 minutach i 6 sekundach (00:34:06), znowu popłynąłem szybciej niż poprzednio, całkiem dobrze.

Trasa pływania 1,9 km - troszkę zakręcania było

Trasa pływania 1,9 km – troszkę zakręcania było

Zmiana T1:
Wprowadziłem nowości, wiec jest lekka obawa jak to wyjdzie, ale kiedyś trzeba zacząć podnosić poprzeczkę. Szybkie zdjęcie pianki, zegarek na ramę (mam odpowiedni zestaw więc to błysk), kask na głowę, numer na plecy rower w rękę i „go”. A gdzie buty rowerowe ? Tak, tak, to nowość, w pedałach, będę wskakiwał na rower za belką i zakładał buty jadąc. Błędnik opanowany po jeziorze, wbiegam na drogę, jestem za belką etapu rowerowego (to miejsce od którego mogę wskoczyć na rower). W strefie zmian spędziłem tylko 1 minutę 42 sekundy (0:01:42), do liderów tego etapu dużo, ale w stosunku do tego jak robiłem to poprzednio zrobiłem znaczący postęp.

Chwila przed wskoczeniem na "rumaka", uda się, czy się nie uda ? - udało się !

Chwila przed wskoczeniem na „rumaka”, uda się, czy się nie uda ? – udało się !

Rower:
Bez problemu udaje mi się wskoczyć na rower, trafić w buty, wpinam buty w jeździe – ufff, ćwiczyłem i wyszło, nie wywaliłem się, teraz tylko 3 okrążenia po 30 km. Początek niezbyt obiecujący, mam do przejechania sławetną sustą kostkę, w tym całkiem niezły zjazd. Jest piekielnie nierówno, strasznie trzęsie, jadę wolno i zachowawco. Zaczyna się asfalt, zaczynam się spokojnie rozkręcać, pierwsze 8 km zgodnie z planem „bez podpalania się”, przyzwyczajam organizm do nowych warunków, dużo piję (zrobiło się bardzo ciepło, chociaż na rowerze tak nie czuć, bo wiatr to łagodzi). Tak po 20 minutach  zaczynam wchodzić w swoje równe tempo i zapoznaję się z trasą (jednak zmiana jest duża w stosunku do tego co było w zeszłym roku) i mam wrażenie, że trasa jest bardziej wymagająca niż poprzednio. Do końca drugiego okrążenia bez historii – w zasadzie równa jazda, na przemian z posilaniem się i popijaniem. Początek trzeciego okrążenia, biorę z punktu odżywiania bidon z wodą (mój cały zapas się skończył), pełen zapału i sił ruszam na trasę, wpadam na kostkę i na zjeździe, bidon z całym zapasem wody wylatuje z koszyka – masakra – przede mną 30 km bez zapasu picia. No cóż, jakoś trzeba jechać, jeszcze 10 km było w miarę rozsądne, ale im dalej tym gorzej. Jedzenie żeli bez popijania, to średnia przyjemność i po mału jazda na tzw. rezerwie zaczyna być odczuwalna.

Susz_foto_11

Trasa rowerowa 90 km – trzy pętle po 30 km – wiatr i ukształtowanie terenu dały się odczuć

W każdym razie mocno wyczerpany docieram do strefy zmian, nawet udało mi się wypiąć w tzw. „locie”, czyli buty w blokach. 90 km przejechałem w 2 godziny 45 minut 16 sekund (02:45:16), czyli ze średnią prędkością 32,7 km/h. Może szału nie ma, ale zważywszy na to, że jechałem pierwszy raz na zwodach na nowym rowerze, na którym nie miałem pewności w jeździe (jedynie przejechane 300 km wcześniej), przerzutka jest jeszcze do wyregulowania (tzw. pierwszy przegląd) i do tego z przygodami żywieniowymi to i tak jestem zadowolony. Rok temu na tym etapie straciłem po pływaniu ponad 100 miejsc, w tym roku przesunąłem się o 6 miejsc do góry. Solidny trening i inwestycje w sprzęt nie poszły na marne.

Po koniec drugiej pętli.

Po koniec drugiej pętli.

Zmiana T2:
Zeskok z roweru, czyli wyjęcie stopy z butów (but zostają w pedałach) – przeżyłem. Odwodniony jak diabli, z „pomrocznością jasną” dotarłem do stanowiska. Wieszam rower, zdejmuję kask, przekręcam numer na przód i pomimo, że nie planowałem pić w strefie zmian, wypiłem z pół bidona (na szczęście zostawiłem go sobie w skrzynce). Wrzucenie butów na stopy (nowość, testuję bieganie bez skarpetek, oczywiście wcześnie na treningach ćwiczone) i w drogę. Tym razem w strefie dłużej, ale do zaakceptowania: 2 minuty 13 sekund (0:02:13).

Przez zmianą do biegu. Dla niewtajemniczonych, warto zwrócić uwagę na stopy - jestem gotowy do zeskoku ...

Przez zmianą do biegu. Dla niewtajemniczonych, warto zwrócić uwagę na stopy – jestem gotowy do zeskoku …

Bieg:
Początek słaby, jakoś optymistycznie nie było. Brak picia na ostatniej pętli rowerowej właśnie „zaczyna działać”, do tego strasznie gorąco (bieg zacząłem lekko po południu). Na szczęście wybiegając ze strefy nie zapomniałem czapeczki i okularów. Pierwszy punkty żywieniowy po 100-200 m od razu dużo piję i podjadam, dodatkowo biorę nasączoną wodę gąbkę i wrzucam kostki lodu pod czapkę (super pomysł organizatorów). Trasa w większości super, bo płaska jak stół, jedyny ból to walący żar z nieba, no i jeszcze dodatkową atrakcją, czyli dość stromym podbiegiem do starej części miasta (tu można było stracić trochę sił).

Trasa biegu 21,1 km - 3 okrążenia po 7 km z haczykiem

Trasa biegu 21,1 km – 3 okrążenia po 7 km z haczykiem

Po jakiś 3-4 km wrócił optymizm, nawodnienie zadziałało, zacząłem łapać właściwy rytm, ale nie starałem się jakoś mocniej biec, miałem cały czas świadomość, że jeszcze kawałek drogi przede mną. Nawadniając się, podjadając co nieco i chłodząc się lodem lub gąbkami dotarłem do początku trzeciego 15 km i o dziwo mogę dalej biec w tym samym tempie, ba nawet ostatnie dwa kilometry niesiony radością, że to już koniec przyspieszyłem. Bieg kończyłem w czasie: 1 godzina 50 minut 11 sekund (01:50:11), co może nie jest jakim wybitnym wynikiem, ale mając na uwadze warunki pogodowe, to, że się jednak trochę „podmęczyłem” na rowerze i pływaniu całkowicie mnie satysfakcjonuje. Ale najważniejsze, na trasie nie zatrzymałem się ani razu, nie przeszedłem do marszu, cały czas biegłem, nawet na tym piekielny podbiegu.

W strefie zmian, odstawiam rower i szykuję się do biegu

W strefie zmian, odstawiam rower i szykuję się do biegu

Meta i finisz:
Cóż to było za piękne przeżycie móc skręcić w alejkę do finiszu, a nie alejkę na następną pętle. Już od dwóch kilometrów mimo, że byłem obolały „niosły mnie” emocje. Ostatnia prosta – spiker wywołujący moje imię i nazwisko, dopingujący tłum, meta, meta, meta … medal na szyi, padam. Uściski i całusy od rodzinki, gratulacje od znajomych i nieznajomych. Przeżyć to – bezcenne. Czas całości 5 godzin 13 minut 28 sekund (05:13:28). Nowy rekord życiowy, poprzeczka poszła w górę, ale dla tego lubię się tak „sponiewierać” na treningach.

Tak wygląda się po minięciu mety, szczęśliwy z puszka Pepsi w ręku (wody już miałem przesyt)

Tak wygląda się po minięciu mety, szczęśliwy z puszka Pepsi w ręku (wody już miałem przesyt)

Dekoracja:
Coś nowego w moim życiu. Już gotowy do wyjazdu, czekając na odebranie sprzętu ze strefy zmian poszedłem sprawdzić czas ogólny i czasy w poszczególnych dyscyplinach (miałem oczywiście zegarek, ale tam nie zawsze na belkach wciskam przycisk okrążenia) i…. szok jestem na 68 miejscu w klasyfikacji generalnej i TRZECI w kategorii wiekowej M45-49 – stanę pierwszy raz w życiu na „pudle” !!! Tak wiem, im wyższa kategoria wiekowa pewnie łatwiej, tak wiem, że czas nie jest jakiś „urywający dupę”, tak wiem, że może mocniejsi zawodnicy rozjechali się na inne imprezy, ale to nie zmienia faktu tu, dziś i teraz i w tych warunkach byłem w swojej kategorii trzeci. I stać na pudle obok takiego gościa jak Jacek Gardener jest niezmiernie nobilitujące. Zaważywszy na to, że to mój trzeci triathlon w życiu, a moja kariera sportowa nie za bogata bardzo się cieszę.

Pierwszy raz w życiu na pudle

Pierwszy raz w życiu na pudle

META (statystyki/ 260 startujących):

Czas: 5h 13min 28 sek. –  Miejsce w kategorii OPEN: 68
Miejsce w kategorii wiekowej M45: 3

Pływanie: 00:34:06 (miejsce po pływaniu 84)
T1 (pierwsza zmiana):  00:01:42 (miejsce zmiany 75)
Rower: 02:45:16 (miejsce na rowerze 78)
T2 (druga zmiana): 00:02:13 (miejsce zmianie 122)
Bieg: 01:50:11 (miejsce biegu 78)

Numer "wymęczony", ale medal bardzo oryginaly

Numer „wymęczony”, ale medal bardzo oryginaly

Coś nowego w mojej kolekcji numerów i medali.

Coś nowego w mojej kolekcji numerów i medali.

Podsumowanie:
– organizacja tej imprezy naprawdę bardzo wysoki poziom, tu człowiek czuje się naprawdę świetnie, kibice na tracie rowerowej w kilku miejscowościach z niesamowitym dopingiem, pomagający na biegu, a wolontariusze – coś pięknego – opiszę samą imprezę bo zasługuje;
– mój start – cóż – nigdy nie jest tak dobrze aby nie mogło być lepiej, ale zważywszy, że poprawiłem się równo we wszystkich trzech konkurencjach, mam nowy rekord życiowy – nic tylko się cieszyć – progres jest i się z tego najbardziej cieszę; pudło traktuję jako „wypadek przy pracy”;
– systematyczny trening, nie jakiś szalony, ale cierpliwy i robiony z głową przynosi efekty; dalej jestem w triathlonie nowicjuszem i muszę się jeszcze wiele nauczyć, ale systematyczne postępy motywują do dalszej pracy;
– pływanie – poszło dobrze, nie spodziewałem się aż takiej „naparzanki” (w Sierakowie trzy tygodnie temu nie było tak ostro), ale widzę tu jeszcze spore możliwości;
– rower – najwięcej postawiłem w treningu na ta dyscyplinę, w zeszłym roku najwięcej traciłem, do tego byłem tak zamasakrowany, że na biegu nie za wiele mogłem zrobić; sporo trenowałem, ale z przygodami: zima była długa (więc dużo na traumatycznym trenażerze), dodatkowo wzmocniłem się sprzętowo – nowy rower – przy czym trudno mi powiedzieć czy nowy rower już zadziałał w trakcie tego startu, ze względu na „przygody” w dostawie nie udało mi się go kompletnie objeździć, nie czułem się na nim pewnie, nie miałem pierwszego przeglądu, więc przerzutki do poprawy, nie mam pewności w kierowaniu, więc strat hamowania i ponownego rozpędzania się było na pewno sporo – ale widzę ogromny potencjał i mam nadzieję, że następny start będzie już lepszy;
– bieg – lepiej, i będzie z każdym razem lepiej, na razie jeszcze nie jest idealnie, ale już wiem jak sobie radzić z ta dyscypliną po pływaniu i rowerze, bo to zupełnie co innego niż bieganie od tak;
– ogólna kondycja – całkiem nieźle, mięśniowo wytrzymałem, nic mi nie „walnęło”, przejechałem na rowerze bez skarpet i przebiegłem półmaraton bez skarpet i stopy mam całe (ale to mnie nie dziwi, bo wrzucałem stopniowo te elementy do treningu), ogólnie zmęczony jestem, ale nie jakoś bardzo; oczywiście mimo filtrów jestem „przyjarany” przez słońce, a plecy takie same spalone jak w zeszłym roku;
– dzięki wszystkim, którzy mi kibicowali i martwili się o mnie (jak widać niepotrzebnie), rodzince za wparcie na miejscu i zdalne;

Reklamy

Subskrybuj

Subscribe to our RSS feed and social profiles to receive updates.

6 Komentarzy w dniu “Triathlon Susz 2013 (dystans długi 1,9km/90km/21,1km) – pełna relacja”

  1. Łukasz Says:

    Wielkie gratulacje. Za rok bedzie poniżej 5h!

    Odpowiedz

  2. Bo Says:

    Wow! Piękny wynik! Ogromne gratulacje! Jak ja bym chciała choć w połowie zrobić taki postęp do następnego sezonu… Złamania 5 h jeszcze w tym roku życzę!

    Odpowiedz

Trackbacks/Pingbacks

  1. 1/2 IM Susz 2015 – rozklepałem 04:30:00 | Made in 1968 - 28 czerwca 2015

    […] roku – IM Kopenhaga). Wybrałem Susz, tu debiutowałem w 2012, później co roku startowałem w 2013, 2014. To ostatnia szansa, aby zrobić na tym dystansie wartościowy wynik, jak wiadomo, każdy […]

  2. Susz – żal … | Made in 1968 - 23 czerwca 2016

    […] Jest rok 2013, jestem mniej posrany niż rok wcześnie, w końcu coś tam ogarnąłem jako tako. Czas dupy nie […]

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: