Triathlon Sieraków 2013 – relacja

2 czerwca 2013

Starty, Triathlon

Kilka miesięcy przygotowań i pierwszy start triatlonowy w tym roku. O Triathlon Sieraków słyszałem wiele dobrego, to druga edycja (w zeszłym roku ta impreza debiutowała). Połówka Iron Mana wypada w sobotę, wcześniej mamy dwa dni wolnego, dlatego inaczej niż zawsze postanowiłem wybrać się już w czwartek i spędzić kilka dniu przed, udało mi się namówić żonę i synów aby przy okazji i oni odpoczęli (tu proszę się nie dziwić, nie mam zwyczaju ciągania za sobą najbliższych i przymuszania ich do oglądania jak tata „heros” się katuje przez niecałe 6 godzin). O samym Sierakowie, imprezie napisze jeszcze w oddzielnym poście – zbiorę to w jeden mały poradnik dla tych co mają się tam zamiar wybrać i pomogę im w podjęciu decyzji. W tym poście skupię się na starcie.

Przed startem:
Psychicznie i fizycznie jestem gotowy, przyjazd wcześniejszy i tzw. aklimatyzacja dobrze mi zrobiły. Pobudka jak zwykle na trzy godziny przed startem i cała wykonywanie całej procedury przedstartowej. Czyli micha musli na mleku i trzy kanapki z dżemem, pół kawy (piszę bo w dalszym ciągu sporo ludzi pyta, co się je przed startem). Jeszcze pół kawy i wstawianie sprzętu do strefy zmian. Wszystko wieczorem przygotowałem i wrzuciłem do jednej torby, to ważne aby niczego nie zapomnieć, potem może to sporo kosztować. W strefie zmian o 7.00 już spory ruch, każdy w spokoju i skupieniu sprawdza czy wszystko ma, ale oczywiście spotkanie znajomych to dobra okazja do wymiany doświadczeń. Po zostawieniu wracam jeszcze do domku w którym stacjonuję (mieszkamy blisko bo 500m od startu), chwila rozmowy z rodzinką, ale szybko wracam do strefy, aby spokojnie się już przygotowywać. Pogoda – tu niestety nie za wesoło, od kilku dni w kratkę. Tego dnia nie wiadomo co będzie, ale wszystkie znaki na niebie i ziemi (plus prognozy) mówi, że będzie tak samo. Temperatura świetna bo w granicach 17 stopni, ale zapowiadają opady deszczu, a słonko wygląda nieśmiało. Na wszelki wypadek zakrywam buty i przykrywam rzeczy ręcznikiem.

Czołówka zmierzająca do brzegu - widać ostatnią i przedostatnią boję

Czołówka zmierzająca do brzegu – widać ostatnią i przedostatnią boję

Pływanie:
Ze strefy zmian, ubrany w piankę przechodzimy (ok. 500m) na pobliską plażę ośrodka TKKF. Jest sporo czasu, więc wskakuję do wody, przepływam jakieś 200-300m aby się zapoznać ze środowiskiem w którym za chwilkę spędzę trochę czasu. Woda około 16-17 stopni, to nie tak zimno, organizm szybko się przyzwyczaja. Potem weryfikacja zawodników, i przejście do strefy startowej. I tu dla mnie nowość, start z plaży, czyli wbieganie masy ludzi do wody jednocześnie. Większość osób chyba dobrze oszacowała swoje możliwości pływackie, bo nie było pchania się do przodu, nawet miałem wrażenie, że więcej osób dalej niż bliżej startu. Ja stanąłem tak w 1/3 stawki. Wystrzał armaty i start. Wbieganie do wody tłumu – coś pięknego – myślałem, że będzie to wyglądało gorzej, robi się coraz głębiej i przechodzę do płynięcia. I znowu początkowe 200-300m tłok, ale spodziewałem się większej naparzanki. I owszem jest  obijanie się, przepływanie po kimś, i wciąganie za nogi, ale jakoś szybko łapię swój tor i płynę w kierunku białej boi, oddalonej o jakieś 400m (niestety to ta pierwsza). Do pływania podszedłem bardzo rozsądnie, założyłem, że trzeba ten etap zrobić spokojnie, bo musze mieś siły na rower i bieganie, dlatego płynąłem sobie równo, i spokojnie, i oczywiście kontrolowałem kierunek, aby bez sensu nie nadrabiać dystansu. Pierwsza boję osiągnąłem dość szybko, nawrót i tym razem znacznie dłuższy odcinek do kolejnej (jakieś 800m). Tu delikatny problem, bo niestety nie mogłem dostrzec drugiej boi, postanowiłem płynąć za ludźmi przede mną. Na szczęście szybko namierzam kolejny cel i teraz to już naprawdę luźno i długim krokiem pływackim zmierzałem we właściwym kierunku. Ostatni nawrót to już ulga, bo taka ogólna radość, że do końca etapu zostało naprawdę niewiele i uda mi się spokojnie go osiągnąć. Jeszcze tylko wyjście z jeziora (tu panowie pomogli bo błędnik szalał) i jestem w drodze do strefy zmian. Spojrzałem na zegarek – szok – popłynąłem ten odcinek 35 minut 26 sekund, szybciej niż w zeszłym roku w Suszu o ponad 2,5 minuty, ale tu zrobiłem to lekko, miło i przyjemnie (od taka wycieczka pływacka – nawet mam wyrzuty, że za mało z siebie dałem), tam prawie wyzionąłem ducha.

Pętla 1,9 km - jak widać nie najgorzej nawiguję - potem GPS padła, wiec to ostatni mój ślad z trasy

Pętla 1,9 km – jak widać nie najgorzej nawiguję – potem GPS padła, wiec to ostatni mój ślad z trasy

T1 (czyli strefa zmian pływanie-rower):
Od jeziora do strefy zmian daleko (ok. 500m), do tego po wyjściu z jeziora „wspinacza” pod górę. Rozpiąłem piankę, zdjąłem ją z ramion i spokojnym truchtem pokonywałem ten dystans. Zmiany zamierzałem robić rozsądnie, więc i tu bez większego podpalania, robiłem wszystko spokojnie i wolno. Zajęło to sporo czasu, ale trochę ochłonąłem (w T1 spędziłem 5minut 46 sekund)

W drodze do strefy zmian po pływaniu

W drodze do strefy zmian po pływaniu

Rower:
Cztery pętle po 22,5 k, trasa bardzo urozmaicona, podjazdy i szybkie zjazdy (dla mnie nizinnego trolla to zupełnie coś nowego). Pierwsze 5-8 km pojechałem rozsądnie, bez „podpalania” się, tak aby organizm mógł się dobrze przystosować. Zresztą na pierwszym okrążeniu było mi dość chłodno (strój bez rękawów, silny wiatr robiły swoje). Cały zapas sprawdzonego izotonika (czyli takiego który lubię i spokojnie przyswajam) miałem ze sobą, również zamierzałem co 30 minut łykać żela. Po jakiś dwudziestu minutach, kiedy organizm już się rozgrzał postanowiłem zgodnie z założeniami trzymać stałe i równe tempo (w moim przypadku stałe wartości wattów). I tak przez cztery okrążenia. Nuda ? Nic bardziej mylnego, na drugim okrążeniu zrobiła zaczęło lekko padać, wiatr chyba przybrał na sile, droga zrobiła się śliska, ja mało doświadczony na oponach typu „slik” (czyli gładkie) zacząłem mieć lekki „dygocik” (dla zobrazowania prędkość na zjazdach dochodziła do 55 km/h, podłoże śliskie i mokre, znaki na drodze miały ograniczenie dla pojazdów 40 km/h). Zresztą co jakiś czas miałem okazję widzieć kogoś leżącego, co nie było optymistyczne. Trzecie okrążenie to przerwa w deszczu i cieplej, nawet przez chwilkę wyszło słoneczko, ale ostanie to już prawdziwy Armagedon – zaczęło padać bardzo intensywnie, widoczność spadała do minimum, ślisko potwornie, spod kół lała się woda z piachem. Okulary w których jechałem, nie miały wycieraczek – szkoda, bo co chwilę musiałem przecierać szybki, mechanizm roweru i zmiana przerzutek, zaczęła chodzić coraz głośniej (błoto i piach), bałem się aby to nie siadło (defekt na koniec tego etapu to byłby pech). Ale pomimo tej pogody starałem się trzymać założeń, czyli utrzymywać równy rytm i stalą moc. Niestety zjazdy przy takiej śliskiej nawierzchni przy prędkości ok 50 km/h to nie jest dobry pomysł, przyznaję, że odpuszczałem do … 45 km/h. Ostanie 3-4 km zmniejszyłem lekko tempo, zwiększyłem kadencję pedałowania o jakieś 5 obrotów/min tak aby już przygotować nogi do biegania. Odcinek rowerowy pokonałem w czasie 2 godziny 45 minut 45 sekund (2:45:45), to ponad 17 minut szybciej niż mój poprzedni czas w Suszu, w którym to jest znacznie łatwiejsza trasa. Tym razem, nie przeżywałem gehenny, że wyprzedza mnie masa lepszych rowerzystów, byłem wyprzedzany, a i owszem, ale i sam wyprzedzałem, a skala nie była dołująca. Pisząc te słowa gdzieś już słyszałem głosy, że trasa mogła byś krótsza (jeszcze nie wiadomo ile ale od 1 do 3 km, przynajmniej tak wskazywały GPS innych kolarzy, mój po pływaniu zwariował, wiec nie mam pojęcia). Ale to i tak wynik, który mnie satysfakcjonuje.

Na trasie rowerowej, tuż po zakończeniu pierwszego okrążenia

Na trasie rowerowej, tuż po zakończeniu pierwszego okrążenia

T2 (czyli strefa zmian rower-bieganie):
Zmian na rowerze nie umiem, sama końcówka i zejście z roweru przed belką wzbudziło pewnie śmiech publiczności, ale to też za sprawą warunków, bo ślisko, mokro, więc naj zwyklej w świecie wyhamowałem, stanąłem, zatrzymałem się do zera, zsiadłem z roweru i zacząłem biec do strefy. Tym razem poszło znacznie szybciej – 1 minuta 42 sekundy

Początek trasy biegowej - taki kawałek asfaltu to luksus, potem trasa nie rozpieszczała

Początek trasy biegowej – taki kawałek asfaltu to luksus, potem trasa nie rozpieszczała

Bieg:
Deszcz przestał padać, wybiegłem na 4 okrążenia po 5,5 km. Dzięki temu, ze na rowerze regularnie podjadałem, a i również rozsądnie kręciłem, dość ochoczo wybiegłem na trasę biegową, początkowo nawet miałem zamiar narzucić sobie szybsze tempo, ale szybko się ocknąłem, do mety droga jeszcze daleka, więc szybko zwolniłem. Pierwsze 2 km poszył luźno i fajnie, ale potem po skręcie ze ścieżki rowerowej w las, mina mi trochę zrzedła, zaczęła się prawdziwa walka z terenem. I faktycznie organizator na odprawie uprzedzał, że trasa jest bardzo trudna. Jak to wyglądało w rzeczywistości: 90% po leśnych duktach, dość nierówno, piaszczyście, miejscami błotniście, wystające korzenie, zbiegi i podbiegi, a pod koniec pętli niespodzianka: premia górka, serpentynowy podbieg z 10-15 zakrętami na stoku. Muszę przyznać, że nigdy na takiej trasie nie startowałem w samych startach biegowych, a co dopiero po 1,9 km pływania i 90 km na rowerze. Co 2,5 km punkt odżywiania, na którym regularnie popijałem wodę i kęs banana lub pomarańczy umiejętnie podtrzymywało mnie przy siłach. Na pewno pierwsze dwa okrążenia pobiegłem szybciej, potem nogi obite przez podłoże i zmęczenie dało znać o sobie i tempo lekko spadło (ale nie jakoś dramatycznie). W porównaniu z poprzednim startem w Suszu, całą trasę przebiegłem, nawet nie zatrzymywałem się na punktach żywieniowych. Niesamowicie miłym akcentem było przebieganie cztery razy przez stadion, gdzie masa ludzi kibicowała, sporo znajomych, podgrzewanie do walki, no i najbliżsi, którzy naprawdę dodawali otuchy. Pobiegłem w 1:53:07 (1 godzinę 53 minuty 07 sekund), to ponad 13 minut szybciej niż w Suszu, na mega trudniejszej trasie.

To już finisz, zostało jedynie 100m

To już finisz, zostało jedynie 100m

Finisz:
Ostatnie 2 km biegu to już niesamowita radość. Jeszcze ten piekielny podbieg i już czeka mnie finisz na stadionie. Te chwile są najpiękniejsze, krzyczący ludzie, pomimo, że większość mnie nie zna, przebiegając metę miałem okazję przerwać szarfę jak zwycięzca (to świetny pomysł organizatorów – zdjęcia pewnie będą), gratulacje od innych zawodników, rodziny, znajomych. Gloria, chwała… i ulga, że to już koniec. Czas 5:21:45 (5 godzin 21 minut 45 sekund). Tuż za merą strefa finiszera – gdzie opijając się od piwa do izotonika, objadając od hamburgra do paluszków można było bez ograniczeń dyskutować o każdej sekundzie startu, o trudnych chwilach, o tym co poszło dobrze, a co źle itd. itp. z innymi zawodnikami. Ja zrobiłem swoje, start zaliczony. Kilka miesięcy przygotowań nie poszło na marne.

Ten numer startowy przeszedł wiele, widać jak podmęczony, zresztą tak jak i ja

Ten numer startowy przeszedł wiele, widać jak podmęczony, zresztą tak jak i ja

META (statystyki 10k/ 554 startujących):

Czas: 5h 21min 45 sek. (rekord życiowy poprawiony o 33 min14 sek.) – chociaż trudno to odnosić do innych startów, bo trasa, trasie nie równa.
Miejsce w kategorii OPEN: 110
Miejsce w kategorii wiekowej M40: 20

Pływanie: 00:35:16
T1 (pierwsza zmiana):  00:05:46
Rower: 02:45:45
T2 (druga zmiana): 00:01:42
Bieg: 01:53:07

Niestety w wynikach nie podanych miejsc po poszczególnych dyscyplinach, więc trudno mi się odnieść, jak na tle innych zawodników przesuwałem się i co poszło gorzej, co lepiej.

A tak na mecie wygląda człowiek "po przejściach"

A tak na mecie wygląda człowiek „po przejściach”

Podsumowanie:
– organizacja imprezy i sama okolica rewelacja – poświęcę temu oddzielny wpis;
– drugi raz to już zupełnie inne startowanie (zresztą to samo miałem w maratonie), człowiek ma już jakieś spojrzenie (bo trudno to nazwać doświadczeniem), wie gdzie się bardziej „podpalać”, gdzie zluzować, inżynieria triathlonu nie jest mu obca;
– pływanie – nie ma już takiego stresu (chociaż to zawsze woda), przygotowywałem się sam wg planów z tzw. książki, jestem niesamowicie zaskoczony, że udało mi się poprawić czas z poprzedniego startu. Pływanie w Jeziorze Dziekanowskim, a nie tylko ograniczanie się do samego basenu to gwarancja dobrej nawigacji;
– rower – nastawiłem się na pracę od podstaw, na rowerze można najwięcej zyskać bo etap jest najdłuższy. Sumienne trenowanie przyniosło efekty, szkoda że nie mogłem tego pojechać na nowym rowerze (pewnie „dokupienie” technologii pozwoliłoby urwać kolejne minuty);
– bieganie – poszło dobrze, a nawet powiedziałbym bardzo dobrze, zakładałem, że pobiegnę szybciej, ale po pierwszej pętli wybiłem to sobie już z głowy;
– zmiany – coś co będę musiał potrenować, szczególnie wejście i zejście na/z roweru;
– wszystkie trzy dyscypliny do kupy – bardzo przyjemny start (oczywiście cierpienie było), w każdym momencie wszystko było pod kontrolą, nie przechodziłem jakiś drastycznych kryzysów, bardzo trzymałem się założeń przedstartowych, tam gdzie trzeba było się „podpalić” dociskałem, tam gdzie „odpuścić” lekko odpuszczałem. To start kategorii B (czyli nie najważniejszy w sezonie) miał być na przetarcie i taki był;
– żywienie i picie – organizacja tego elementu była wzorowa (na rowerze punt żywienia co 11 km, na biegu co 2,5 km), ale ja nie chciałem eksperymentować, na rowerze byłem samowystarczalny, miałem dwa bidony 0,75l jeden z izotonikiem Isostar pomarańczowy (taki mi podchodzi najbardziej) i drugi 0,75l z wodą, do tego żele 200ml (każdy co 30 min łykałem popijając izo). Dwa razy pozwoliłem sobie jeszcze sięgnąć po pół banana. Przed biegiem miałem być najedzony i tak było. Na biegu piłem wodę i co 2,5km lub 5 km brałem kęsa banana lub pomarańczy. Na 2,5 km przed metą zaszalałem i wzmocniłem się colą. Perturbacji żołądkowych zero.
– pogoda – musze przyznać, że wisi mi to jaka jest pogoda, zawsze może być lepiej, zawsze może być gorzej. Mogło nie padać (a nawet lać) i byłoby idealnie, do reszty nie ma się jak przyczepić, miły chłodek raczej pomagał niż przeszkadzał;
– podziękowania: trenerzy od biegania i roweru, oni są ojcami tego wyniku, rodzince (żona i synowie) za dzielne kibicowanie i wytrwałość, kibicom – i tym anonimowym i mi znanym za wsparcie, organizatorom (będzie oddzielny post) – za świetną imprezę;
– i jeszcze na koniec – jak nie przeżywać rozczarowania ? warto się rozsądnie oszacować (oczywiście plan może lec w gruzach, jak będzie jakaś nieprzewidziana losowy awaria: rower padnie, albo zatrucie itp.). Poniżej założenie jakie sobie postawiłem przed startem (przed wszystkim realne), a potem zrealizowałem je z premedytację, dlatego tak dobrze poczułem się na mecie.

Tak planowałem swój start - na kilka tygodni przed - wprawdzie przestrzeliłem się w poszczególnych dyscyplinach, ale całość prawie wyszła

Tak planowałem swój start – na kilka tygodni przed – wprawdzie przestrzeliłem się w poszczególnych dyscyplinach, ale całość prawie wyszła

Reklamy

Subskrybuj

Subscribe to our RSS feed and social profiles to receive updates.

4 Komentarze w dniu “Triathlon Sieraków 2013 – relacja”

  1. mareks Says:

    No Gratulacje!!! 🙂
    MOC!!!

    Odpowiedz

  2. toms Says:

    Fajny rzeczowy wpis. Gratulacje.

    Odpowiedz

Trackbacks/Pingbacks

  1. Zaczynam sezon – 1/2 IM w Sierakowie | Made in 1968 - 1 czerwca 2014

    […] trolla), a bieg na koniec to już ewidentny kros po lesie z ekstremalnym ukształtowaniem terenu. W zeszłym roku też zaczynałem od tego startu i przyznam się szczerze – dostałem tam nieźle po […]

  2. JBL Triathlon Sieraków 2015 (Mistrzostwa Polski w 1/2 IM) | Made in 1968 - 2 czerwca 2015

    […] jaką stosuję przed przyjazdami i startami, bo można o tym poczytać w poprzednich postach (2014, 2013), stosuję cały czas metodologię sprawdzoną, czyli check listy, to co działa nie zmieniam lub […]

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: