V Praska Dycha – blisko, coraz bliżej …

19 sierpnia 2012

Biegowe, Starty

To mój pierwszy start po „triathlonowej przygodzie” w Suszu. Nawet jakoś nie planowałem tego, tak się jakoś złożyło, że przygotowuję się już do półmaratonu (za tydzień) i maratonu i pomyślałem, że warto się „gdzieś zmęczyć”. Zważywszy, że się sporo obijałem (no… może złe słowo, wypocząłem, ale wskoczyłem już w rytm treningowy, tym razem biegowy), raczej nie oczekiwałem za wiele. Do tego, jak wiemy mamy środek lata, nie wiadomo jak będzie z pogodą, a warunki mają jednak jakieś znaczenie.

Trasa biegu (Park Skaryszewski)

Ale jeszcze dwa słowa o samej imprezie, czyli V Praskiej Dyszce. W niej startowałem pierwszy raz, wcześniej jakoś nie było mi po drodze. Bieg podzielony na dwie grupy (większa startowała coś przed 16.00 – koło 550 osób, i tzw. Szybka Dycha – dla tych co mieli czas poniżej 46 min). Jako że legitymuję się całkiem niezłym czasem, miałem okazję startować w grupie „zaawansowanej”, co oczywiście wpływało mobilizująco. Sama trasa, to 5 i ¾ okrążeń alejkami Parku Sakryszewskiego, szeroką jak jezdnia, może czasami nierówną, ale warunki były naprawdę całkiem niezłe. Wstyd się przyznać, nie znałem tego parku, pomimo, że całe dzieciństwo i okres dojrzewania spędziłem tak niedaleko (mieszkałem na Powiślu).  W tym roku przesunięto termin na sierpień, tak by bieg mógł się odbyć w rocznicę śmierci Marka Kotańskiego, twórcy Monaru, świetnego społecznika (moje pokolenie go naprawdę pamięta). I organizator: Mariusz Giżyński, jego firma Running Consulting i pewnie masa ludzi, która mu pomaga, chociaż on jako organizator i twarz był naprawdę widoczny (odpowiadał na e-maile, komentarze, podawał wodę … trudna rola organizatora, skąd ja to znam).

Przed startem:
– coś nowego bo start o 18.00 więc czas na wyspanie się, odpowiedni wypoczynek i dokarmienie był (nie będę tego opisywał, bo stosuję standard z poprzednich biegów i działa);
– czuję się dobrze, nic mnie nie boli, wydaje się, że wskoczyłem już w cykl treningowy i raczej powinno być nie najgorzej; jedyny problem to do treningu biegowego dodałem trochę jazdy na rowerze i mam jakieś „drewniane” nogi;
– pogoda –co tu oczekiwać, jak jest środek lata, ale oczywiście trzy dni temu byłoby super, dziś to już niestety wali słońce jak diabli, temperatura o 18.00 – 25 stopni (no cóż, mogło być gorzej), jest dobra wiadomość, trasa w Parku Sakryszewskim jest w większości w alejkach zasłoniętych od słońca i wiatru (co nie znaczy, że nie czuć, że trudno się oddycha);
– przed startem standardowa rozgrzewka dla dyszki, nie jakaś ostra, bo naprawdę czuć temperaturę, najważniejsze przyspieszenia, co by się mocno pobudzić;
-w tym dniu mój team wspomagający to niezawodny tata i młodszy syn (super bo będzie miał kto mi dopingować i podawać izotonik);

Jeszcze w całkiem dobrej formie

START:
0 – 5 km – mało ludzi na starcie, nie ma tłoku – cudownie – pewnie to jest ta zaleta startu w grupie „zaawansowanej”. Luzik i nie ma przepychanek, ale i tak staję w środku stawki, trzeba umieć ocenić swoją dyspozycję i nie przeszkadzać „ścigaczom”. Co nie znaczy, że nie będę walczył. Pobudzanie muzyką, dużo informacji od prowadzącego, których i tak nie słyszę, strzał i w drogę. Pięć kilometrów to prawie trzy okrążenia. Pierwsze okrążenie w miarę dobrze i luźno, nawet za dobrze, bo czuję się naprawdę nieźle, wszyscy wyrwali jak  „ścigacze”, a mój głos rozsądku mówi mi aby nie przesadzać i jechać swoim tempem. GPS zawiódł, bo mylił się tylko kilka, kilkanaście metrów, ale to i tak dużo (źle pokazywał tempo), na szczęście wszystkie kilometry były pięknie oznaczone i widoczne. Po pierwszym w tempie (4’01”), przyszło opamiętanie, że przecież do końca jest jeszcze 9 km.  Zarzynanie się zacznę od 8 km. Przeskakuje (przyhamowuję) tempo do 4’05”-4’07”, tak będzie rozsądniej, a po 5 km zobaczę jak będzie dalej. Łapię się za jakąś „ławica kobitek”, chociaż już na drugim okrążeniu jakoś poodpadały, ostała się ino jedna. Te prawie trzy kółka, to nuda, robię w swoje w równym (jak diabli tempie), jedynie czuć, że jest gorąco. Już wiem, gdzie jest mój punkt nawadniania się (zlokalizowałem tatę i Kamila – stoją twardo w jednym miejscu i pstrykają foty). Pod koniec trzeciego okrążenia robi się bardzo luźno, przede mną jakaś dziewczyna (ja kojarzę bo cała w NIKE i jasno żółte buty), niestety odchodzi na jakieś 10-20m. Pierwsze 5 km mijam w czasie 20’25”.

Mój rodzinny punkt nawadniania.

5-10 km – na piątym kilometrze przechwyciłem bulkę z izotonikiem (istne zbawienie i we właściwym momencie), i cóż, dalej staram się robić swoje. O dziwo, szybko udaje mi się dojść dziewczynę w żółtych butach, mijam ja jakoś bezproblemowo i zaczynam podganiać kolejne grupki (na pewno nikt mnie nie wyprzedza, poza liderem i jeszcze 3 dublującymi). Na czwartym okrążeniu chyba trochę osłabłem, zresztą przez moment podwiesiłem się do jakiejś grupy czterech gości, ale jak zauważyłem, że się „wiozą” a nie walczą szybko ich zgubiłem (tu pewnie trochę straciłem). Ostatnie okrążenie to znowu dwa łyki izotonika i już nie ma litości, na dwa kilometry przed metą to trzeba się naprawdę zmęczyć. Ostatni kilometr, na pewni najszybszy, biegłem z pięcioma gośćmi, ale cisnąłem ile wlezie i udało się ich wyprzedzić. Wpadnięcie na metę, to super uczucie, koniec, koniec. Zegar pokazuje 40’47” – wow…, jest rekord życiowy, chociaż nigdy nie jest tak dobrze aby nie mogło być lepiej. Medal, woda, uściski, gratulacje. Dobiega do mnie syn i ojciec, nie jestem w stanie nic powiedzieć, muszę odsapnąć. Jestem cały (dosłownie cały) mokry. Jednak chyba jest gorąco.

Numer i medal

META (statystyki 10k/ 753 startujących):

Czas brutto: 40’50”
Czas netto: 40’47” – nowy rekord życiowy poprawiony o 48’ (ale 40’ nie złamane L)
Miejsce w kategorii OPEN: 62
Miejsce w kategorii wiekowej M40: 9

A tak podkręciłem „mój silnik”

Po starcie:

– było ciepło i było ostro, ostatnie półtora kilometra nie mogłem sobie odpuścić i poszedłem na tzw. „trupa” (chociaż po przekroczeniu mety kontaktowałem i nie padłem, więc co to za trup), co nie oznacza, że po 20 minutach nie byłem w stanie normalnie funkcjonować;
– coraz lepiej jest z taktyką, ale cel na ten rok nie uzyskany, więc … , chociaż mogłoby być chłodniej (kiepskiej …);
– fajna impreza, naprawdę warto w niej wystartować, podział na dwie grupy (wolniejsi i szybsi) to bardzo dobry pomysł, chociaż wiadomo, ze dla organizatorów to więcej roboty;
– granica 40’ na 10 km nie została załamana, ale zbliżam się do niej nieuchronnie, przyznam się, że wolę taki czas niż 40’03”, progres jest, powolny, no ale cóż, będzie jeszcze kilka startów w tym roku aby się poprawić;
–  a po biegu (wybacz mamo) Big MacMenu, i sześciopak znanego browaru dla panów po czterdziestce z Krakowiakiem i Krakowianką (kiedy pisze ten wpis już po mału odpływam, ale co to za życie bez przyjemności i sportowo uzupełniam kalorie);
– i wracając do części tytułu wpisu „blisko, coraz bliżej” – kiedyś złamię to cholerne 40’ na 10km, chociaż nie ma „spinki” , chyba jednak mam przed sobą jeszcze kawałek życia, ale aby było jasne, cel to cel, a dziś chciałem dobrze pobiec,  i jakos poszło;

Reklamy

Subskrybuj

Subscribe to our RSS feed and social profiles to receive updates.

Brak komentarzy.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: