Maraton Łódź – relacja – w dwóch słowach „Łódź zdobyta”

15 kwietnia 2012

Biegowe, Starty


Dzień przed startem 22.15:

Nastawiony jestem na walkę, całkiem udany start w półmaratonie napawa optymizmem. Obawy to pogoda (ma padać), i trochę problem z nogą (prawe udo po jakiś 10 km zaczyna mnie boleć). Czy przetrwam ? Zobaczymy. Muszę wstać wcześniej, wyjazd do Łodzi o 5.30, chcę na luzie spokojnie odebrać pakiet startowy, a ponieważ zazwyczaj chodzę późno spać ok 1.00 i lepiej, to przez cały tydzień urywam po 25 min. Dzień przed startem kładę się o 23.00, udaje się zasnąć bez problemów. Mam nadzieję, że nie będzie mi się znowu śnił maraton, tak jak przez ostatnie dni (prawie każdego dnia).

Trasa maratonu z mojego Garmina

DZIEŃ STARTU

Przed startem:
– noc przespałem idealnie i spokojnie od 23.00 do 4.57, rano wstałem pełen zapału i entuzjazmu, jedynie ten deszcze za oknem mnie przerażał;
– wieczorem się spakowałem, a ponieważ nie wiedziałem jaka pogoda będzie zabrałem masę różnych kombinacji ciuchów, na słonce, na zimno, na deszcz, na śnieg J, do tego dwie pary butów, jedzenie, picie, maści, plastry … miałem wszystko i jeszcze trochę  – syn wieczorem mnie wyśmiał i pytał czy ja jadę na tydzień ?
– standardowy szybki zestaw śniadaniowy jaki jem przed startem (musli z mlekiem, dwie buły z dżemem, herbata, kawa) plus szybka higiena osobista – wszystko 25 min.
– nowe doznanie to podróż, na szczęście szybka i przyjemna, już o 5.30 przyjechał po mnie brat Marek (wsparcie i trener J na ten dzień), jechało się miło w ciepełku, za oknem niestety cały czas makabryczny deszcz – do Łodzi docieramy ok. 7.30, potem szybkie odebranie numeru startowego z Biura Organizatora i oczekiwanie …
– lekko po 8.00 przebieranie się w ciuchy, wybór pada na koszulkę z długim rękawem przylegającą do ciała (tzw. pierwsza warstwa), na to druga normalna koszulka z krótkim rękawem, spodenki do kolan (takie pól leginsy), skarpety kompresyjne (podkolanówki dobrze trzymają ciepło), no i buty; na górę wrzuciłem jeszcze nieprzemakalną kurtkę Salomona (jak namiot, ale cienka i lekka), oczywiście rękawiczki i czapka biegowa – jestem zmarzluch;
– potem jeszcze lekkie „drugie” śniadanie (banan i woda), pięknie że Marek zaparkował przy trasie, ale i toalecie;
– 8.30 – idziemy z Markiem na start, znaczy się Marek idzie pod parasolem, ja się rozgrzewam;
– na starcie miła niespodzianka – spotykam kolegę z oddziału łódzkiego (ja nie chwaliłem się, że będę startował tym milsze zaskoczenie) – Krzyśka (będzie startował na 10 km);

Krzysiek na 10km, ja na 42km …

– start się opóźnia (jakieś 10 min, bo cały czas dochodzą kolejni zawodnicy), do tego staje się cud – deszcz przestaje padać, decyduję się zdjąć nieprzemakalną kurtkę (trochę chłodno, ale mam nadzieję, że się rozgrzeję), temperatura lekko po 9.00 ok. 6,5 stopnia, ale odczuwalna znacznie mniejsza;
– ustawiam się za jakieś 50m za grupą biegnącą na 3:30, plan – zabieram się z nią, w kupie cieplej;

Tuż przed startem (trzymanie ciepła)

START:
Pierwszy odcinek (0-10km) – nie jest tłoczno, idzie lekko i przyjemnie, lekka niepewność co do pogody, trzeba uważać aby nie zmoczyć butów , sporo kałuż. Grupę na 3:30 dochodzę błyskawicznie pomimo, że nie jest jakoś szybko, ale wygląda na to, że „zając” prowadzi znacznie szybciej niż tempo 5’00” /km. Biegniemy ulicami Krzemieniecką do ul. Siewnej, wracając al. Unii Lubelskiej  wokół parku za Atlas Areną (tą pętlę zrobimy jeszcze raz coś koło 30 km). Poszło łatwo, pożegnałem Marka i po al. Mickiewicza pobiegłem „na miasto” – czas na zwiedzanie centrum Łodzi. Pierwsze 10 km mijam po 49’24”.
Drugi odcinek (10-20 km) – wieje, różnie, raz w plecy, raz z boku, raz w twarz, staram się umiejętnie chować w grupie (jeszcze licznej). Koło 10 km łyknąłem pierwszego żela i oczywiście delikatnie się napiłem. Niestety zaczynam odczuwać nogę, to czego się obawiałem, ale i tak się cieszę, że tak późno, bo w ostatnich dniach ból przychodził wcześniej. Ale po ul. Żeromskiego biegnie się pięknie, żadnego zmęczenia, trzeba cierpliwie utrzymywać tą taktykę i nie szarpać. I dalej Piotrkowska – pięknie, atmosfera zwiedzania, przy popychającym wiaterku. W międzyczasie lekkie nawadnianie i znowu żel koło 19 km. Tak miło mija kolejny odcinek, koło 20 km przebiegam w czasie 1:38:26 (czas 10 km odcinka 49’01”) – nie miało być tak szybko, ale trzymam się grupy, a pacemaker, tak prowadzi – cóż począć trzeba się dostosować, nie chce biec sam i walczyć z wiatrem;

Tutaj jeszcze w grupie …

Trzeci odcinek (20-30 km) – po „dmuchnięciu” tuż przed wejściem Teatru Wielkiego (byłem tu mając 8 lat na „Królewnie Śnieżce”), czas zbierać się w kierunku Atlas Areny (niestety nie na metę). Noga boli, ale znalazłem na nią patent, przez jakieś 500-600 m biegnę wyżej podnosząc kolano i piętę, coś jakby inny krok, dla mnie dziwny (jak w „Ministerstwie Dziwnych Kroków” Monty Pytona), tempo niby to samo, ale długość kroku nie ta sama. Robię tak co kilka kilometrów i noga się poddaje, nie boli. Chociaż, czy ja wiem, koło 30 km zaczynam czuć już obie nogi, ale nie bolą, tylko są lekko podmęczone. Odcinek po 25 km nie był już tak przyjemny i miły, czuć już przebieg. Ale nie mam zamiaru odpuścić. Lidera znacznie mniejszej grupy mam przed sobą jakieś 10 m. 30 km mijam w czasie 2:27:18 (czas odcinka 48’52”) – znowu za szybko, ale takie życie.
Czwarty odcinek (30-40 km) – zaczynamy bieganie, czas na chwilę prawdy. Na 31 km lekko słabnę, trzymam się grupy, ale przychodzi mi to z większym trudem, łykam żela, nie mam czym popić, makabra. Zaczynam słabnąć czuję się kiepsko, na horyzoncie (jakieś 200-300 m) punkt z piciem, ledwo dobiegam, zabieram ze stołu całą butelkę wody i przez najbliższy kilometr nawadniam się delikatnie. Kryzys mija, zaczynam gonić grupę, która mi odpłynęła jakieś 100-120 m na wysokości Atlas Areny (nie, nie, to jeszcze nie koniec, jeszcze „drobny” 10 km odcinek po ulicy Maratońskiej). Gonię grupę, dochodzę ją na końcu ulicy Maratońskiej, nawet idzie całkiem nieźle, ale na 38 km muszę (!!!) skorzystać z toalety, mój „zbiornik” jest pełny. Tracę ze 30s, ale to nie jest najgorsze, powrót ulicą Maratońską to walka z bardzo (przynajmniej jak dla mnie) silnym wiatrem. Grupa odjechała, zresztą co to za grupa, zostało może z 5 osób. Tracę dużo sił ale nie zamierzam odpuszczać. Zmęczenie coraz większe, już wiem, że grupy nie dojdę, jedyne co mnie motywuje, że udaje się jeszcze wyprzedzać nieliczne osoby. 40 km mijam w czasie 3:17:14 (czas ostatnich 10 km 49’55”).

Może trudno w to uwierzyć, ale tak wyglądałem na 0,5 km przed metą.

Ostatni odcinek (40-42,195 km) – to już walka na całego, ze sobą, zimnem, wiatrem, bolącymi nogami … ech, nie odpuszczę, to już tak blisko. Znowu widzę Atlas Arenę, tym razem już nie będę jej mijał, to dodaje sił. Jeszcze trzeba ją tylko obiec w koło (kur… kto wymyślił ten „objazd”) i piękny zbieg do wnętrza. Zaczyna padać deszcz. Jestem już wewnątrz, czerwony dywan, widzę zegar, na bank jest czas poniżej 3:30. Koniec, koniec, kur… to już koniec !!! Ktoś mi wiesza medal, ktoś wciska napój izotoniczny, ktoś mnie poklepał po plecach, ktoś mnie wysyła na masaż … nie idę szukam Marka, siadamy na trybunach odpoczywamy obaj (tez się chłopina nastał na zimnicy) 10 min, spadamy do domu. Jestem obolały, ale szczęśliwy.

Meta w Atlas Arenie

META
(statystyki 42,195k/ jakieś 1011 startujących):
Czas brutto: : 3:29:13
Czas netto: 3:28:31 (nowy rekord życiowy, poprawiłem o 28’24″)
Miejsce w kategorii OPEN: 235
Miejsce w kategorii wiekowej M40:  68

Po starcie:
– jest progres, bardzo się cieszę, że moja kilkumiesięczna systematyczna, acz żmudna robota nie poszła na marne; po nieudanym starcie w październiku w Warszawie i nie chodzi nawet o czas (chociaż też), ale bardziej o tzw. styl (niestety przeżyłem go słabo), bardzo mi było potrzebne odczarowanie tego dystansu;
– olałem kalkulatory biegowe i przeliczniki (z nich wynikało, że mogę mieć naprawdę szalony czas), maraton to inny dystans, chciałem dziś bardzo przebiec chociażby jedną sekundę szybciej, aby „złamać” 3:30, bez szaleństw na spokojnie;
– los się zlitował i stworzył na czas biegu może nie idealne warunki, ale akceptowalne, zresztą jak by padało to i tak bym pobiegł i walczył;
– czy mogło być lepiej ? sam nie wiem, wiem, że mogło być gorzej;
– wsparcie, jednak jest potrzebne – dzięki Marek, za kibicowanie i „trenerowanie” (Marcin może być spokojny), za każdym razem jak byłem w okolicach Atlas Areny wiedziałem, że będziesz mnie dopingował i miał cały zapas bufetowy, a to że dojechałem wypoczęty i wróciłem komfortowo to na bank mała cegiełka w moim wyniku;
– Maraton Łódzki – ja mam małe doświadczenie, ale naprawdę wielkie słowa uznania dla mieszkańców i organizatorów; organizacja dla mnie bardzo dobra, trasa – rewelacja – nie po jakiś zadupiach, istotne miejsca miasta zaliczone; ekipy kibicujące – czad; punkty odżywiania – idealnie, a końcówka w Atlas Arenie – „miodzio”, w tym miejscu dowiedziałem się co to są skrzydła, uwierzcie mi miałem je. Będę tu za rok, mam nadzieję, że nie sam;
– kiedy to piszę (oczywiście popijam piwko), nawet nie jestem bardzo zmęczony. Straty nie są takie duże, chociaż oczywiście uczucie trzech uderzeń kijem baseball’owym jest – ale bieganie to jest czad;
– a zapomniałbym – jesienią będę się oczywiście próbował poprawić, Marcin pomoże (przy okazji dzięki, ty już wiesz za co);

Zmęczony już po przecięciu linii mety, wreszcie chwila wytchnienia

Reklamy

Subskrybuj

Subscribe to our RSS feed and social profiles to receive updates.

8 Komentarzy w dniu “Maraton Łódź – relacja – w dwóch słowach „Łódź zdobyta””

  1. anna Says:

    Gratulacje …uczestniczyłam jako kibicka od 11 do 15..:)

    Odpowiedz

    • tom2soc Says:

      No i super, być może dzięki Tobie miałem własnie te „skrzydła”. Ja też byłem jednym z ponad tysiąca biegaczy, a jak wyszła całość wszyscy widzieli – zajebiście.

      Odpowiedz

  2. Krasus Says:

    Objazd Areny też mnie zdemotywował;) Gratuluję świetnego czasu, ja od pace’a odpadłem już po 32, byłem po prostu za słabo przygotowany

    Odpowiedz

    • tom2soc Says:

      Jak to w znanej reklamie: nigdy nie jest tak dobrze, aby nie mogło być lepiej … czas jak czas, pojęcie względne, już ochłonąłem i myślę, jak go poprawić :). I tak się trzymałeś nieźle, ja na 32 km miałem kryzys, ale go utopiłem w wodzie …

      Odpowiedz

  3. starszy_brat Says:

    GRATULACJE!!! To naprawdę wyczyn. Maraton uczy pokory, zarówno startujących, jak i widzów. Pierwszy raz uczestniczyłem w takiej imprezie jako kierowca, support, catering, trener i widz:) Pomimo zimna było super. Może kiedyś też się skuszę – oczywiście ze dwa lata przygotowań:))) (albo i lepiej)

    Odpowiedz

  4. mimelka Says:

    Szacun! Nie pochwaliłeś się, że 6 miejsce!
    Dla Brata szacun też – za to cierpliwe stanie na zimnie 🙂

    Odpowiedz

    • tom2soc Says:

      cholerka, błąd w druku (już poprawiłm) nie 6 lecz 68 miejsce, drobna acz znacząca różnica. Na 6 miejsce musiałbym pobiec 30 min szybciej, ale kto wie … może kiedyś.

      Odpowiedz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: