7 Półmaraton Warszawski

25 marca 2012

Starty

Dzień przed startem, godzina 21.45

To będzie mój pierwszy sprawdzian po dość intensywnych miesiącach przygotowań. Różnych…, w większości dobrych, ale miernikiem nie są trening, lecz starty. Bo nie ma litości, jest wynik, czyli konkretny czas i nie ma tłumaczenia, albo jest lepszy niż poprzedni i upragniona „życiówka”, albo klapa. Podchodzę bardzo optymistycznie … będę walczył na całego.  Trasa nie jest łatwa bo tuż przed 14 km jest wspinaczka pod Agrykolę, a potem tuż przed 20 km ponowna „premia górska” tym razem ślimak na Most Poniatowskiego. W sumie nie mam jakiś wielkich oczekiwań: to pierwszy start w tym roku, więc cholerka wie jaka jest moja dyspozycja, po drugie nigdy nie udaje mi się robić „życiówek” jak są gdzieś podbiegi typu Agrykola, czy osławiona już ul. Sanguszki (przynajmniej tak jest na 5 czy 10 km). Do poprawienia jest rekord z Półmaratonu Powiatu  Warszawskiego Zachodniego – 1:36:24, i nie będzie łatwo, bo tam było zdecydowanie mniej ludzi, trasa płaska jak stół. Ale jak zawszę będę walczył.

Trasa 7 Półmaratonu Warszawskiego

DZIEŃ STARTU

Przed startem:
– poszedłem bardzo wcześniej spać, przynajmniej jak na mnie bo o 22.35, wiadomo trzeba być wyspanym, dodatkowo zmiana godziny (przesunięcie wskazówek do przodu w związku z przejściem na letni czas) nie pomogła. Ale do tego przygotowywałem się już od kilku dni (wcześniej chodziłem spać każdego dnia o 15 min). Dzisiejsza pobudka o 6.37 była łatwa i przyjemna, praktycznie budzik nie był potrzebny;
– równo na trzy godziny przed godziną zero standardowe śniadanie: micha mleka 0,5% z płatkami musi, a potem buła z miodem i herbatą, potem średnia kawa na dobudzenie;
– zestaw ciuchów przygotowany wieczorem, wszystko zapięte na ostatni guzik, numer przypięty; dodatkowo oczywiście mimo już jakiegoś doświadczenia zastanawiam się jak się ubrać, jaka koszulka itp. Niby już mamy wiosnę, niby ciepło i słoneczko, ale przewidywana temperatura o godzinie 10.00 to 5 stopni, więc trzeba się dobrze zastanowić, bo pewnie w ciągu ponad półtorej godziny biegu zrobi się z zimno na ciepło. Mam dylemat, ale kilka opcji jest;
– start z Mostu Poniatowskiego, więc moją bazą parkingowo-wypadową będzie mieszkanie rodziców na Powiślu (jadę tam na 2 godziny przed startem) – tym razem atrakcja zwiedzania Stadionu Narodowego zwabia moich synów – fajnie będzie mi miał kto odebrać cieplejsze ciuchy na chwilę przed wystrzałem;
– oczywiście standardowa rozgrzewka, nie jakaś mocna, ale taka, abym bezpiecznie się czuł i nie zrobił sobie krzywdy (czyli jakieś 20 min truchtania, przyspieszenia i ćwiczenia ogólne);
– udało mi się wyrwać na start synów i ojca, dzięki nim do samego momentu wystrzału mogłem sobie spokojnie tkwić w cieplutkim dresie, czapce i rękawiczkach i nie straciłem całego ciepła z rozgrzewki;

Moje wsparcie, niestety mamy i taty nie udało mi się uchwycić (biegłem)

– pogoda prawie idealna, temperatura ok. 7 stopni, słonko, ale czasami za chmurami (chociaż rzadko), niestety silny wiatr w różne strony, na pewno w niektórych miejscach będzie przeszkadzał w niektórych pomagał;
– pomimo, że przynajmniej na początku spodziewałem się, że będzie zimno i chłodno biegnę w krótkich spodenkach, koszulce startowej (już po biegu, Przemek C. pisze mi SMS’a, że w bardzo seksownej zielonej koszulce jestem w Polsat News na podbiegu Agrykoli  :)), ale pod spód zakładam oddychająca koszulkę z długim rękawem; zakładam też skarpety kompresyjne CEP, bardziej po to aby do kolan było mi ciepło, bo czy kompresja coś mi pomaga sam nie wiem;

5 minut przed startem ….

 … i minutę przed strzałem, w pełnej gotowości.

START:
Pierwszy odcinek (0 – 5 km) – ze względu na całkiem niezły czas na 10km zostałem przyporządkowany do strefy żółtej, w której nie jest tłoczno (super). Powiedziałem, że będę walczył, więc staję w strefie pomiędzy „zającem”  1:30:00, a 1:35:00 – zadanie – biec swoim tempem i przybiec przed zającem 1:35:00, oczywiście jak najwięcej się da, a jak wyjdzie zobaczymy. Startujemy z lekkim opóźnieniem, najpierw strzał słyszą biegacze ze strefy elity i strefy czerwonej, my ruszamy z początku Mostu Poniatowskiego z jakimś 3-4 minutowym opóźnieniem. Na moście strasznie silny wiatr, jest mi zimno, ale mam nadzieję, że to się zmieni. Miłym zaskoczeniem jest to, że nie jest bardzo tłoczno, i faktycznie ludziska w tej strefie biegną na początku w tempie podobnym do mojego czyli jakieś 4’30”-4’35” (brawo dla biegaczy za dyscyplinę). Pierwszy kilometr mija szybko, skręt w Nowy Świat to pierwsze trudności, teraz już widomo, że do Cytadeli będzie cały czas po wiatr, czyli trochę sił stracę. Oczywiście szybko szukam kogoś za kim mógłbym się schować, ale to nie takie proste, na początku grupa nie jest ukształtowana, tempa nie równe, więc w większości walczę z sam. Ale ten odcinek idzie wyjątkowo lekko, praktycznie nie czuję zmęczenia, choć faktycznie staram się hamować swoje zapędy i nie przyspieszać.  Przed 5 km punkt z piciem – płynnie i nie tracąc prędkości biorę łyk wody. Pierwsze 5 km mijam w czasie 22’25”, trochę za szybko, ale samopoczucie mówi, że takie tempo może być.
Drugi odcinek (5 – 10 km) – jeszcze trochę pod wiatr, krętymi uliczkami po Cytadeli, potem wyskakuję na Wisłostradę i spora ulga, wiatr wije w plecy (no czasami nie do końca, bo i potrafi walnąć z boku i zdarza się w buzię), ale warunki znacznie lepsze. Do tego równy asfalt, droga prosta i znana mi. Więc można spokojnie jechać w miarę równym tempem. Takie warunki (również lekko z górki) powodują, że decyduję się kolejne 5 km pobiec troszkę szybciej (zwłaszcza, że wiem gdzie mogę stracić). Przed tunelem kolejne 3 łyki tym razem Powerade, również udało mi się to tak zrobić, aby nie wytracać prędkości. W tunelu niesamowita atmosfera, ludziska krzyczeli – hałas niesamowity. Pomiar czasu – 10 km mijam w czasie 44’43” (czas 5 km odcinka drugiego: 22’18”). Znowu trochę za szybko, ale samopoczucie całkiem dobre i panowałem cały czas nad swoim tempem.

Wybiegam z tunelu na Wisłostradzie (jakieś 10,5 km)

Trzeci odcinek (10 – 15 km) – wyjazd z tunelu i tu oczywiście pod domem w którym spędziłem swoje młodzieńcze lata, a teraz mieszkają rodzice, czaka na mnie „mój fanclub”: rodzice i synowie. Ekspresyjny doping mojej mamy dodaje mi jak zwykle skrzydeł, to ważne, bo teraz ten trudniejszy odcinek. Mijam Most Poniatowskiego, tu masa ludzi i doping niesamowity – uskrzydla. Dalsze kilometry to bieg w równym tempie po starych włościach (wiele lat mieszkałem na Powiślu), gdzie każda ulica mi jest dobrze znana.  No i oczywiście od 13,5 km wspinaczka pod Agrykolę. Wcześniej odwiedziłem punkt z piciem (usytuowany dokładnie u podnóża „wzniesienia”) 2 łyki wody i „dzida” do góry, na samym szczycie flaga z 14 km. Chyba nie szło najgorzej, bo udawało mi się wyprzedzać troszkę osób, oddechowo też się jakoś bardzo nie zajechałem, chociaż końcówka nie była już bardzo przyjemna. Następne 300m to ustabilizowanie oddechu i powrót do stałego i równego tempa. A przed 15 km, sama przyjemność, dłuuuugie zbieganie z ul. Belwederskiej. Tu naprawdę miałem przewagę, bo za namową Marcina, biegłem drobnymi krokami bez hamowania, nie dość, że odpocząłem, to jeszcze wyprzedzałem naprawdę sporo osób. Miało to bardzo dobry wpływ na moją motywację, bo zaczynałem się czuć już troszkę podmęczony. Na tym odcinku wiatr szalał w różne strony raz pomagał, raz przeszkadzał, oczywiście w trakcie podbiegu pod Agrykolę walił prosto w twarz. 15km minąłem w czasie 1:07:08 (czas 5 km odcinka trzeciego: 22’25”)
Czwarty odcinek (15 – 20 km) – końcówka zbiegania z Belwederskiej do Gagarina, sama radość no i potem już mozolne kręcenie nogami. Nie było już takiej lekkości jak do 10 km, ale nastawiłem się na to aby nie tracić i utrzymać równe tempo. Przed ostatnim punktem z piciem (jakiś 17,5 km) postanowiłem łyknąć małego żela miodowego (wprawdzie miałem obawy, ale chciałem się trochę wzmocnić), a na punkcie popiłem go 3 łykami wody. Zostało nie dużo do mety, niestety teraz bieg Wisłostradą w przeciwnym kierunku, to co pomagało między 7-12 km, teraz bardzo przeszkadzało. Ale nie ma co narzekać, nie ma że boli (zacząłem już czuć trochę nogi), trzymam stałe tempo i przymierzam się psychicznie do kolejnego podbiegu. To że już blisko pozwala mi w miarę łatwo pokonać ślimak na Most Poniatowskiego, trochę wyprzedzania, co oznacza, że nie jest najgorzej, chociaż ja czuję, że coraz mniej mocy. Kibice – coś pięknego, teraz jest ich dużo, zupełnie inny komfort biegania. 20 km (piękna flaga na Moście Poniatowskiego) mijam w czasie 1:29:20 (czas 5 km odcinka czwartego: 22’12”).
Ostatnie metry (20 – 21,097 km) – podbieg mnie troszkę osłabił, chyba przez chwilkę zwolniłem, nawet coś mnie zatkało. W tym samym momencie ktoś mnie poklepał po plecach wołając:  „Dawaj, dawaj został już tylko kilometr”. Odpowiedziałem:  „Wiem, wiem”, przyspieszyłem, a gościu został lekko (1-2m) z tyłu, odwróciłem się aby zerknąć kto mnie podtrzymał na duchu i prawie padłem – to pacemaker czyli „zając” z balonikiem na czas 1:35:00. Kur…., co on tu robi, ja mam na zegarku 1:30:00. Nie istotne, wyrwałem jakby mi ktoś racę w tyłek włożył, a ponieważ warunki prawie do końca były już całkiem niezłe (z górki), wylądowałem na mecie w czasie 1:33:45 (ostatni odcinek pobiegłem w 4’25”).

 

Mój numer i medal

META
(statystyki 21,097k/ jakieś 7174 startujących):

Czas brutto: : 1:37:17
Czas netto: 1:33:44 (nowy rekord życiowy, poprawiłem o 2’40”)
Miejsce w kategorii OPEN: 733 (rok temu 857, ale znacznie mniej startujących)
Miejsce w kategorii wiekowej M45:  105

Dziś nie biegłem oczywiście sam, masa znajomych, ale najbardziej cieszy mnie obecność Przemka (ten już ma za sobą sporo biegów i cieszę się, że nie odpuszcza) i … Przemka (debiutant po miesiącu … dwóch … pełen szacun za ukończenie – ja w debiucie półmaratonu poległem na 18 km). Kurcze, ciśnijcie chłopaki, oby tak dalej.

A po starcie, fota na Narodowym … dla potomnych.

Po starcie:
– to pierwszy start w sezonie, sam nie wiedziałem na co mnie stać, zwłaszcza że z treningami było różnie, a ostatnie tygodnie trochę mnie nieszczęść spotkało (lekki kontuzje i przemęczenie), dlatego postanowiłem zrobić swoje, czyli stabilny i rozsądny wzrost, w rozsądny sposób – czyli w miarę równo wszystkie odcinki (5 km) i koniecznie nie dać się ponieść  emocją, za stary już jestem na to, a do sześćdziesiątki i tak doję do niezłego czasu
– warunki były jakie były – trzeba brać to co jest i nie narzekać, ale idealnie nie było – „premie górskie”,  wiatr, na początku trochę zimno;
– jestem ambitny, chce się poprawiać, ale podstawa to stawianie sobie realnych celów – wtedy to jest przyjemne, powiem nawet tak, jak bym uzyskał czas lepszy niż to co mi się udało osiągnąć dziś czyli np. mniej niż 1:33:00 to mogło by mi odwalić;
– to był bardzo komfortowy bieg do 16 km nawet po podbiegu na Agrykolę czułem się naprawdę dobrze, potem trochę ze mnie zeszło powietrze, ale chyba tak jest w takich długich biegach, że końcówkę trzeba trochę wycierpieć, ale nogi poza tzw. „bólami postartowymi” zniosły ten wysiłek bardzo dobrze, a wydolnościowo po biegu doszedłem do siebie w ciągu 5 minut
– zastanawiam się nad tym czy mogłem z siebie dać jaszcze więcej, bo jak kończyłem ostatni półmaraton to na końcu moje HR było na 173 ud./min, a dziś jedynie 169 ud./min – chyba się jednak obijałem;
– poprawiłem rekord życiowy o 2’39” (czyli biegłem każdy kilometr szybciej o jakieś 7”), jeszcze jedna ciekawostka, potwierdzająca, że nie spuchłem i jechałem równym tempem, na 5 km – byłem 795, na 10 km – 817, na 15 km – 767, na 21 km – 733 (w sumie przesunąłem się o 62 miejsca);
– trzeba również wspomnieć o tzw. walorach artystycznych, czyli samej trasie – fajna, bo dotykała naprawdę ciekawych miejsc w Warszawie, no i czułem się jak u siebie w domu (Powiśle – dzielnica mojego dzieciństwa), a sama końcówka na obrzeżach (na razie) Stadionu Narodowego  bardzo przyjemna – pewnie to wszystko jest jeszcze organizacyjnie do dopracowania, ale kierunek super – BRAWO Fundacja… widomo jaka;
– ale to pierwsza impreza w tym roku, więc trzeba równo rozłożyć siły i tak jestem zadowolony;

Reklamy

Subskrybuj

Subscribe to our RSS feed and social profiles to receive updates.

2 Komentarze w dniu “7 Półmaraton Warszawski”

  1. PrzemekC Says:

    Zapomniałem o tej stronie a tu o mnie tez jest :). Dopisałem sobie RSS.
    Dla mnie to był sprawdzian, motywacja i podsumowanie rocznego dreptania w deszczu i niskich temperaturach .

    Odpowiedz

    • tom2soc Says:

      Piszę zawsze na gorąco 1-2h po zdarzeniu, co by nie zapomnieć, chyba że umieram. W kategorii „debiut roku” wygrałeś, przyznaję, że mnie zatkało …

      Odpowiedz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: