Puchar Maratonu Warszawskiego 20 km

6 sierpnia 2011

Starty

I ponownie bieganie po lasach w Międzylesiu, wszystko mi już dobrze znane. Trasa identyczna jak przy bieganiu na 15 km, ale tym razem 4 a nie 3 pętle po 5 km. Cały czas będę powtarzał, że jakoś bieganie po takim podłożu(piach, co jakiś czas kałuże, wystając korzenie) to nie jest to co tygrysy lubią najbardziej. No cóż, ale trzeba gdzieś biegać, ma to też swoje dobre strony, no i zawsze jakieś doświadczenie.

Przed startem:
– wszystko gra, samopoczucie bardzo dobre, wyspałem się jak nigdy
– pogoda – w porządku, rano chłodno, potem niestety zrobiło się troszkę duszno (ale generalnie warunki wyśmienite), zbierało się na jakiś mały deszczyk, ale rozeszło się po kościach
– rozgrzewka z urozmaiceniami, niestety atak komarów, więc tylko można było trochę truchtrać, w każdym razie zatrzymanie się i np. rozciąganie statyczne groziło pokąsaniem
– zalecenie biegowe, bez szaleństw, biec w przedziale 4’55”-5’30”, czyli treningowo – ech…. ciężko mi się będzie utrzymać w takich ryzach, od razu założyłem, że będę biegł coś koło 4’55” (oj… nie będzie ktoś zadowolony :)) – ale na usprawiedliwienie niech będzie, że samopoczucie w tym dniu – bardzo dobrze

START:
Pierwsza pętla (0-5 km) – trochę tłoczno, szukanie swojego miejsca i jakiejś fajnej grupy na moje tempo, oczywiście standardowo pierwszy kilometr, dramatycznie wolno  trzeba było nadganiać; generalnie hamowałem się, co by mnie nie poniosło, wszyscy wyrwali jak diabli, ja próbuję po pierwszym kilometrze podgonić i wyrównać tempo, poznać trasę (jednak kałuże i trzeba wybrać jakąś dobrą ścieżkę, dodatkowo piaszczyście i dwa podbiegi); Pierwsze 5 km mijam w czasie 24’00”, samopoczucie bardzo dobre
Druga pętla (5 – 10 km) – łyk wody (tak na zapas bo jakoś pić mi się nie chciało) i rozpoczęcie drugiej pętli, już w znacznie lepszych warunkach, bo mniej ludzi. Biegnę w grupce kilku osób, twarze już kojarzę, w miarę podobne tempo do mojego, niestety grupa gdzieś na 8 km troszkę spuchła, zauważyłem, że tempo siadło, więc postanowiłem dalej robić swoje w swoim rytmie; drugą pętlę mijam w czasie 47’57” (czas pętli 23’57”)
Trzecia pętla (10 – 15 km) – po koniec drugiej pętli łyknąłem małego żela, (miodowy), tak aby go przepić i drobna skucha (znowu łapanie doświadczenie), woda była w kubku miękkim, więc można było zrobić dziubek do łatwiejszego picia, a Powerade był w twardym plastikowym, więc jak go zgniotłem to się cały wylał na nogi i tyle było z picia. No cóż 5 km o suchym i klejącym się od miudu pysku. Tempo cały czas trzymałem na równym poziomie, minimalnie siadło, ale to nie efekt wycieńczenia,
generalnie czułem się dobrze; trzecią pętle minąłem w czasie 1:12:07 (czas pętli 24’09”)
Czwarta pętla (15 – 20 km) – pod koniec trzeciej pętli niespodziewanie pojawił się znany mi kibić, co znacząco dodało mi otuchy i jakoś zrobiło się milej – brat Marek. Oczywiście standardowa procedura, mały żel miodowy i tym razem dobrze popity Powerade (nawet trochę zwolniłem), w końcu miało być treningowo. Ostanie kółko, już lekko trudniej, jest znużenie (nie często biegam takie dystanse), ale najważniejsza rzecz, nic mnie nie boli, nie kuje (a w tym lesie rok temu miałem gigantyczne problemy z kolanami). I ciekawostka: w trakcie biegu wleciał mi do buzi komar, co mnie totalnie wybiło oddechowo, potrzebowałem ze 150 m aby to opanować. Zapas mocy był, ale z racji podejścia treningowego już nie szalałem. Praktycznie bieg bez jakiegoś finiszu, co w
praktyce robię. Na metę wpadam z czasem 1:36:40 (czas pętli 24’33” – sam nie wiem gdzie te 33” zgubiłem, bo miało być w miarę równo).

Pełen optymizmu ruszam na ostatnie okrążenie …

META
(statystyki 20k/ coś koło 360 startujących):

Czas brutto: : 1:34:54
Czas netto: 1:34:40
Miejsce w kategorii OPEN: 78
Miejsce w kategorii wiekowej M40: 9

Po starcie:
– znowu trochę dałem się ponieść emocją, ale jak tu nie gnać jak cię wszyscy wyprzedzają
– nie za często biegam takie odcinki, a to zupełnie inne bieganie niż na 10 km, trzeba faktycznie rozłożyć siły, ale muszę przyznać z satysfakcją, że bardzo lekko zniosłem ten start (już po powrocie do domu od razu wyskoczyłem na miasto, jak gdyby nigdy nic)
– w zeszłym roku na tym dystansie dokładnie w tym lesie miałem czas 1:44:57, okupiłem go bolącymi nogami i kilkoma kryzysami, nie wspominałem tego za miło – jakże inne doznania dziś – oj, cieszy, cieszy, przy czym nie ma co popadać w samo zachwyt, jest jeszcze sporo do zrobienia
– pobiegłem trochę bardziej niż treningowo, ale niewiele, dzięki temu miałem również tzw. fun z biegania, ale muszę jasno powiedzieć, warunki pogodowe bardzo dobre, samopoczucie bardzo dobre i bieg pod kontrolą – zapas jeszcze był
– biegłem w skarpetach kompresyjnych CEP , mam je od dawna, ale na krótszych dystansach biegam w normalnych, krótkich, bo nie czuję różnicy. Nie wiem czy to zasługa skarpet, ale łydki mnie nie bolały, no i nie pogryzły mnie komary

Reklamy

Subskrybuj

Subscribe to our RSS feed and social profiles to receive updates.

Brak komentarzy.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: