Bieganie po wawerskich lasach w Pucharze Maratonu Warszawskiego (10k)

21 Maj 2011

Starty

Wracam to tego wawerskiego lasu z mieszanymi uczuciami, tu kiedyś zaczynałem swoje pierwsze bieganie po lasach. Nie ukrywam, że podłoże tego typu, czyli ścieżki i dukty leśnie nie leżą mi tak bardzo jak piękny i twardy asfalt. Źle mi się biega po takich nierównościach (dziś też widziałem, jak gość przede mną prawie skręcił nogę), dodatkowo piach to często „buksowanie” w miejscu. Ale cóż co, cię nie zabije, to ….
Nie będę opisywał całego przedbiegowego rytuału, bo to już nudne, wszystko robię dokładnie tak samo, jak zawsze bo przynosi efekty i nie ma niespodzianek. Tym razem należy odnotować jeden błąd techniczny, nie posmarowałem sobie pachwin (myślałem, że na taki dystans nie warto), no sobie co nieco poobcierałem, a i w trakcie biegania jakiś tam lekki dyskomfort. Przyjeżdżając na miejsce, czułem, że to nie będzie mój dzień, pomimo, że czułem się dobrze. Przyczyna – bieg miał się rozpocząć o 10.00, a tu już o 9.00 temperatura 24 stopnie, parno i duszno, w lesie kompletnie wszystko zasłonięte, więc bez wiaterku. Do przebiegnięcia była jedna mała pętelka i dwie duże.

Do 7 km nie mogłem się załapać o co chodzi z oznaczeniami na trasie, co mnie trochę dezinformowało, bo okazało się, że oznaczenia są malejąco (czyli ile zostało do mety). W każdym razie pierwszy wiarygodny czas złapałem po 5 km – 22’07” , to mnie ucieszyło, bo praktycznie wszystko realizowałem zgodnie z planem. Niestety kolejne kilometry nie były już tak komfortowe, w każdym razie morale nie siadało, starałem się trzymać w miarę równe i spokojne tempo, ale czułem, że osłabłem, a oddech był naprawdę ciężki. Na szczęści nie wyprzedzało mnie za dużo osób (może ze 3-4), co pozytywnie wpływało na moje morale, za to ja w końcówce  może nie wyprzedzałem za dużo, ale mijałem maruderów, których dublowałem. Pomimo, że ostatnia prosta to było najlepsze podłoże nie udało mi się jakoś ostro finiszować, naprawdę mocno opadłem z sił. Moja taktyka na ostatni kilometr to podwiesić się za biegnącego szybciej przede mną i nie dać mu uciec, co zresztą się udało. Na metę wpadłem w czasie 44’55”, co mnie i tak zaskoczyło, bo ostatnie 3 km nie zerkałem kompletnie na zegarek, praktycznie pogodziłem się z tym, że 45’ nie złamię.
Rekordu, życiowego na 10k nie poprawiłem, chociaż zabrakło mi do niego niespełna 14” (rekord z Biegu Niepodległości w zgoła innych warunkach terenowych i pogodowych), ale zważywszy na to, że rok temu na tej samej trasie pobiegłem w 46’45” to jakiś postęp jest.

No i chyba najważniejsze, praktycznie po biegu czułem się tylko mocno wyczerpany przez jakieś poł godziny. Teraz parę godzin po nie odczuwam jakoś tego wysiłku, nie bolą mnie mięśnie, nie zdycham, dmuchnąłem z synami nawet na basen i sporo popływałem. Chyba musze się po mału do takiego stanu przyzwyczaić, ale to miłe uczucie i bardzo dobrze mi z nim.

Reklamy

Subskrybuj

Subscribe to our RSS feed and social profiles to receive updates.

Brak komentarzy.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: