6 Półmaraton Warszawski

27 marca 2011

Starty

Moja relacja z Półmaratonu Warszawskiego.

Przed startem:
– pogoda – ponoć to najzimniejszy półmaraton w historii Warszawy, bardzo słonecznie, ale niestety temperatura o 9.30 to jedynie 2 stopnie, wiatr bardzo różny, w różne strony
– sen – spałem wyjątkowo długo jak na mnie, bo prawie 7,5h, zresztą ze względu na półmaraton prowadziłem od ponad tygodnia dość systematyczne i uporządkowane życie, chodziłem spać przed północą, nie piłem ani jednego piwka, a czasami mi się zarza itp.
– ubranie – jednak doświadczenia pomagają, wyjątkowo dobrze się ubrałem, skarpety kompresyjne (od jakiegoś czasu biegam w nich czasami), krótkie spodenki, koszulka oddychająca z długim rękawem i na to koszulka z krótkim rękawem, na rękach  iałem lekkie rękawiczki – naprawdę nie było mi ani zimno, ani gorąco (poprzedni zmarzły mi bardzo ręce i ramiona)
– jedzenie przed startem – obudziłem się o 7.00 od razu standardowo (jem to już przed każdym biegiem) zjadłem szklankę musli z mlekiem, dwie kanapki z szynką i herbata z cytryną, dodatkowo napiłem się kawy (i chyba nie był to dobry pomysł – o tym później)
– rozgrzewka przed startem – standardowo, pobiegałem truchtem ze 15 min, poprzyspieszałem trochę, rozciąganie, wszystko solidnie ale bez przesady

START:
0-5 km – start z masą ludzi, jednak to że byłem w drugiej strefie było całkiem dobre (w Warszawie tego pilnują) naprawdę nie było daleko od linii startu, w miarę komfortowo dało się biec, chociaż tłok był spory i nie za bardzo mogłem na pierwszych 2 km biec swoją prędkością „przelotową”.  Na 3 km minął mnie balonik z pacemakerem z czasem 1:40 i to mnie trochę zestresowało. Starałem się kontrolować nie tempo, lecz czasy na puntach kontrolnych 5km minąłem z czasem 23’23”, czyli trochę za szybko, ale starałem się mieć cały czas na oku pacemakera (czyli gdzieś 100-200m przed sobą)

5 – 10 km to raczej trzymanie stałego tempa, i trzymanie kontaktu z grupą na 1:40, w tym kawałku trasa miała elementy zbiegania, raczej nie za trudna, napiłem się dwa małe łyki izotronika. Niestety w tej błogości pojawił się mały problem, który z czasem zaczął narastać (pomimo, że korzystałem z toalety tuż przed startem, zaczęło mi się chcieć naj zwyklej w świecie siku). 10 km minąłem w czasie 46’45”, niestety czułem już lekkie zmęczenie.

10-15 km – 11 km to lekki kryzys, balonik z grupą zaczął niebezpiecznie się oddalać, naszły mnie jakieś dziwne myśli, lekko opadłem z sił. Na 13 km zebrałem się w sobie i zacząłem nadganiać. Niestety cały czas w głowie siedziało, czy zejść na chwilę z trasy i skorzystać z toalety czy nie. Zdecydowałem się, że skoro tyle przebiegłem to wytrzymam. 15 km to 2 łyki izotronika i czas 1h10’45”. Przede mną zostało ostatnia prosta, tunel  i podbieg.


15 – 20 km długa prosta, przy zmiennym wietrze, raz pomagał, raz przeszkadzał. Generalnie do 17,5 km utrzymywanie stałego tempa i trzymanie się w bezpiecznej odległości od grupy na 1:40. O toalecie (czy krzaczku) zupełnie zapomniałem, decyzja zapadł i postanowiłem dowieźć problem do końca. 17,5 km ostanie dwa łyki izotronika i podbieg na ulice Sanguszki. Męka jak diabli, bo do podbiegu doszedł silny wiatr w twarz, ale nie traciłem tempa za dużo, żyłem nadzieją, że to już naprawdę niedaleko. Pozostała jeszcze ulica Bonifraterska, jakiś 1 km zamiast asfaltu kostka, krzywa jak diabli, wszystko było czuć w stopach. Cały
czas próbowałem dogonić balonik pacemakera, zbliżyłem się na jakieś 70m.

20-21 km to już walka na „oparach”, zerknąłem na zegarek na 20 km i zobaczyłem czas 1:34:49, czyli szansa na pobicie magicznego 1:40:00, więc już bez oszczędzania gnałem do mety ile sił. Pacemakera nie udało mi się dogonić, zresztą grupa mu się totalnie rozsypała, minął metę 10 m przede mną. Ja wpadłem na metę, gdy zegar wskazywał 1:40:03, mój czas netto to 1:39:40. I co ciekawe, nie chciało mi się iść do toalety.

Po starcie:

– po przebiegnięciu mety było ciężko, faktycznie czułem się przez parę minut naprawdę zmęczony, ale już chwile później potruchtałem, porozciągałem się
– już 15 min po nie czuję się makabrycznie zmęczony, nie mam odcisków na stopach, nie bolą mnie bardzo same nogi, chociaż trochę je odczuwam, szczególnie jak chwile posiedzę i wstanę
– psychicznie czuję się fajnie, poza incydentem z „sikaniem” w zasadzie wszystko poszło jak należy, wynik mnie cieszy, bo progres jest, za rok będzie jeszcze lepiej (może wcześniej)
– chyba bieganie za pacemakerem to nie jest dobry pomysł, mam wrażenie, że gościu w pierwszej połowie jechał znacznie mocniej, musze popracować nad własnymi rozwiązaniami, bo takie rozwiązanie mi nie bardzo pasowało
– bardzo cieszę się z nowych doświadczeń

Reklamy

Subskrybuj

Subscribe to our RSS feed and social profiles to receive updates.

Brak komentarzy.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: